Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Jaracza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Jaracza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Teatr Jaracza w Łodzi... ożył

Bunt na 'Bounty'


Pismo zespołu artystycznego w sprawie TEATRU

Łódź, 02.03.2015

Pan Witold Stępień 
Marszałek Województwa Łódzkiego

do wiadomości:

Pan Artur Bagieński
Wicemarszałek Województwa Łódzkiego
Pani Dorota Wodnicka
Dyrektor Departamentu Kultury i Edukacji Województwa Łódzkiego
Pan Marek Mazur, Pani Joanna Kopcińska, Pan Włodzimierz Kula, Pani Dorota Ryl
Prezydium Łódzkiego Sejmiku Województwa Łódzkiego
Kluby radnych PO, PSL, PiS, SLD
Sejmik Wojewódzki
Pani Małgorzata Omilanowska
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Pan Olgierd Łukaszewicz
Prezes Związku Artystów Scen Polskich

Umiera Teatr. Największy, najstarszy w Łodzi, teatr którego wspaniała i bogata przeszłość wpisała się na zawsze w historię polskiej sceny. Zabija go brak kompetencji, dobrej woli, arogancja i cynizm. Odwrócenie właściwych proporcji, niezrozumienie i lekceważenie jego istoty. Rozbudowana machina administracyjno-sprawozdawcza skutecznie umniejsza rolę zespołu artystycznego, a de facto traktuje go jak niewygodny „element". Ta sytuacja narasta z każdym dniem, choć kryzys przybrał na sile w momencie, gdy dyrekcja objęła także Teatr Wielki. Aprobata takiego projektu była dowodem ignorancji i krótkowzroczności. Trzeba bowiem wyjątkowej niefrasobliwości, by uwierzyć w możliwość symultanicznego prowadzenia dwu wielkich instytucji artystycznych, finansowanych z jednego źródła, bez szkody dla żadnej z nich, bez oczywistego konfliktu interesów. Na bolesne skutki tej decyzji nie trzeba było długo czekać. Przerażające, z jaką łatwością niszczy się to, co budowały pokolenia twórców.

Kolos na glinianych nogach, jakim stał się nasz Teatr, funkcjonuje dziś resztkami sił dzięki zespołowi artystycznemu, który robi wszystko, by nie popaść w powszechną bylejakość i przeciętność. Odchodzą reżyserzy, którzy swoimi przedstawieniami budowali siłę naszego Teatru. Nie są bowiem w stanie pracować w atmosferze ekonomicznego terroru, który nieuchronnie prowadzi do całkowitego zniszczenia niezwykłego potencjału twórczego, pasji i woli walki o prawdziwą sztukę. Za pozorami normalności kryje się drastycznie zmniejszona ilość premier, także spektakli granych w miesiącu, brak zainteresowania równomiernym rozwojem członków zespołu aktorskiego i wykorzystaniem możliwości, które w nim tkwią. Bezzasadnie znikają z repertuaru cieszące się popularnością, nagradzane przestawienia. Częstą praktyką jest udostępnianie naszych scen miałkiej wartości spektaklom warszawskich celebrytów. Nie służy nam ograniczanie swobody artystycznej, nieustający brak zrozumienia reguł pracy twórczej, narzucanie oderwanych od rzeczywistości buchalteryjnych zasad, które wraz z niedostatecznym finansowaniem zagrażają wolności wypowiedzi. Szkodzi notoryczne unikanie bezpośredniego kontaktu dyrekcji z pracownikami, nieumiejętność współpracy z zespołem. Niepokoi również nieuregulowana sytuacja najmłodszych aktorów, którzy od kilku lat pracują na umowach sezonowych, bez możliwości uzyskania stałych etatów. Cynicznie wykorzystywane są luki prawne, które umożliwiają zastępowanie stałych umów o pracę umowami na czas określony.

Wielkie projekty (sceny regionalne i Festiwal Nowa Klasyka Europy) wbrew pozorom są połowicznymi i kontrowersyjnymi sukcesami, za którymi stoją głównie statystyki. Koncepcja teatru w regionie zakładała przygotowywanie spektakli specjalnie przeznaczonych i dostosowanych do miejsc grania. Niestety, z braku środków, ten pomysł nie jest realizowany. W efekcie nasze regionalne prezentacje noszą znamiona realnej chałtury, bo są okaleczone niedostatkami technicznymi tamtejszych scen. Festiwal jest kosztownym przedsięwzięciem, dźwiganym przez niedofinansowaną instytucję artystyczną, i nie mającym większego znaczenia w skali ogólnopolskiej. Brakuje szerszego spojrzenia na teatr, potraktowania go jako centrum sztuki, dającego możliwość inspirujących spotkań, dyskusji i projektów. Bezradność i, co za tym idzie, niemoc artystyczna są wynikiem bezwzględnego przejęcia wszelkich praw decyzyjnych przez dyrektora naczelnego. Urzędnicza bezduszność zmarginalizowała i zdeterminowała wizję artystyczną.

Władze, którym podlega nasz Teatr systematycznie uchylają się od odpowiedzialności, osaczając go niezgodnymi z jego specyfiką przepisami i uregulowaniami, odbierają mu prawo do autonomii twórczej. Niezbywalnym obowiązkiem dyrekcji jest niezgoda na akceptowanie cenzury ekonomicznej, która staje się zjawiskiem coraz bardziej powszechnym i niebezpiecznie akceptowanym przez decydentów. Wynik finansowy nie może być kryterium zasadności funkcjonowania instytucji artystycznej. Sztuka teatru rządzi się swoimi prawami, nie przystającymi do sztywnych ustaw, uchwał, rozporządzeń. Przez bierną postawę zarządzającego nasze spektakle stały się „produktem", aktor „marionetką", a widz „klientem". Tymczasem jest to produkt specyficzny – sublimacja ludzkiej wiedzy, wrażliwości, poczucia estetyki, sprawności ciała i umysłu. Czas wreszcie zrozumieć, że zespół artystyczny jest solą teatru, a zadaniem dyrekcji jest jego bezwzględna ochrona. Uzurpowanie kompetencji artystycznych przez menedżera na pewno nie jest przejawem troski o artystów. Narzucanie nieakceptowalnych zasad, opór urzędniczej materii, a przede wszystkim ograniczanie pola artystycznego działania do groteskowych rozmiarów jest nie do zaakceptowania. Bez niezależności estetycznej i swobody podejmowania decyzji kształtujących wizję twórczą, bez zespołu artystycznego oraz zapewnionej finansami przestrzeni artystycznej żaden teatr nie ma racji bytu, staje się jedynie skarłowaciałym tworem, zapleczem dla bankietów, chałtur, prezentacji. Nie ma w nas zgody na kulturę festiwalową, eventową, celebrycką. W czasach komercjalizacji kultury trzeba chronić sztukę przed bezwzględnymi prawami rynku. Nie wolno zapominać, że nasz Teatr jest najlepszą wizytówką regionu. Rezultatem naszej pracy ma być zysk społeczny, estetyczny, kulturalny, a nie ekonomiczny. Teatr jest dobrem narodowym. Siłą kultury państwa są silne instytucje artystyczne. Odpowiednio i odpowiedzialnie finansowane, z zagwarantowaną autonomią programową i organizacyjną. Bieda-teatry, bieda-opery, bieda-muzea czy bieda-filharmonie są nikomu niepotrzebne.

Wszelkie próby szczerości, prawdy i troski o przyszłość odczytywane są jako przejaw nieuzasadnionej wrogości, a linia podziału na „oni" i „my" pogłębia się coraz bardziej. Przedmiotowe traktowanie pracowników, a przede wszystkim ignorowanie teatralnego etosu pracy nie pozwala na normalne i perspektywiczne funkcjonowanie. W takiej atmosferze trudno o twórczą działalność, opartą na zapomnianych zasadach, od zawsze kultywowanych w teatrze. Bez odpowiedzialności, solidarności i wzajemnego zaufania niczego się nie zbuduje. Konsekwencji notorycznego deprecjonawania tradycji i misji teatru, brutalnego przekreślenia norm i humanistycznych wartości nie trudno przewidzieć. Brak szacunku dla nas i naszej pracy, atmosfera niepewności i obawy o przyszłość powoduje, że dalsze milczenie i bierna zgoda na obecny stan rzeczy są już niemożliwe. Jednocześnie obawiamy się restrykcji w postaci zwolnień, zastraszania, prób manipulacji skłócenia zespołu. Obecnie sprawą nadrzędną jest zablokowanie możliwości redukcji zespołu i wszelkich innych ruchów personalnych. Nie można pozwolić na zaprzepaszczenie tradycji tego miejsca, bo będzie to strata nieodwracalna. Spoczywa na nas moralna odpowiedzialność wobec Mistrzów, którzy odeszli, wobec historii tego Teatru. Chcemy spokojnie pracować w najlepszym zespole, grać, rozwijać się, odnosić sukcesy, z dumą identyfikować się z tym miejscem. Nie możemy dłużej patrzeć, jak marnotrawiony jest potencjał wszystkich pracowników. Wyczerpała się już nasza cierpliwość i nasz limit zaufania dla tej dyrekcji. Jesteśmy pewni, że nadszedł czas na zmiany. Ratunkiem dla nas jest jak najszybsze rozpisanie rzetelnego i transparentnego konkursu na stanowisko dyrektora. Teatrem nie może zarządzać urzędnik, człowiek nieutożsamiający się i nierozumiejący specyfiki instytucji, której interesy ma reprezentować. Jesteśmy przerażeni wszechobecną i nieznośną łatwością niszczenia, brakiem odpowiedzialności. Pragniemy dyrektora kompetentnego, odpowiedzialnego, który przywróci utraconą rangę, zadba o spokojną i przyjazną atmosferę pracy, o rozwój zespołu artystycznego, nie zapominając o priorytetach i wartościach najważniejszych. Uratować nas może tylko prawdziwy artysta. Twórca i wizjoner rozumiejący delikatną materię sztuki, która za cel dociekań i obiekt zainteresowań obiera człowieka. Teatr jest światem tworzonym przez wyobraźnię artysty. To miejsce, gdzie stawia się pytania i pobudza ludzi do refleksji. Nie wolno nam dopuścić do zaprzepaszczenia tego świata.
Zespół artystyczny 
Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi
3 marca 2015

czwartek, 26 lutego 2015

Radio Łódź o łódzkiej kulturze

Radio Łódź czwartek 26/02/2015 g. 13:00
 
TEMAT DNIA: Co się dzieje z łódzką kulturą ? Po konflikcie w Teatrze Wielkim pomiędzy dyrekcją a pracownikami do dymisji podał się dyrektor artystyczny Teatru Jaracza. Obie sceny nadzoruje Urząd Marszałkowski. O co chodzi - o pieniądze czy o osobę Wojciecha Nowickiego, który kieruje Wielkim i Jaracza ?
 

Po TWŁ Teatr Jaracza

Waldemar Zawodziński rezygnuje

Po 23 latach pracy na stanowisku zastępcy dyrektora do spraw artystycznych w Teatrze Jaracza w Łodzi Waldemar Zawodziński w liście rozesłanym do współpracujących z nim reżyserów i aktorów informuje o swojej rezygnacji.

Poniżej pełna treść listu:
Szanowni Państwo,
 
atmosfera niesprzyjająca pracy twórczej, która od długiego czasu panuje w naszym Teatrze i która udziela się nam wszystkim, zmusiła mnie do podjęcia decyzji o ustąpieniu ze stanowiska zastępcy dyrektora do spraw artystycznych. Tym samym zrzekam się odpowiedzialności za profil artystyczny Teatru.  Jestem zmęczony ciągłym występowaniem w roli petenta, uporczywie i bezskutecznie domagającego się szacunku dla artystów, szacunku, którego podstawowym przejawem jest gwarancja bezkolizyjnej pracy w spokoju i poczuciu twórczego spełnienia. Czuję się bezsilny wobec obojętności i ignorancji, które sprawiają, że mam poczucie deprecjonowania zarówno mojej osoby, jak i całego zespołu artystycznego. Chcę jednocześnie zaznaczyć, że nie uchylam się od odpowiedzialności za zaistniałą sytuację, ponieważ zbyt długo tolerowałem stan ekonomicznego terroru, skutecznie utrudniającego mi realizację dalekosiężnych planów repertuarowych i bieżącą pracę.
Ustępuję ze stanowiska, ponieważ nie chcę być świadkiem śmierci Teatru, który budowałem przez 23 lata, ponieważ nadal czuję się artystą, a nie kreatywnym księgowym, ponieważ nie interesuje mnie prowadzenie teatru stricto rozrywkowego ani przekształcanie teatru repertuarowego w teatr impresaryjny, bądź kontraktowy.  Kryterium opłacalności produkcji  i wymagania, by stosować się do praw rynku, których się ode mnie oczekuje, uważam za nie do spełnienia.
Wszystkim Państwu dziękuję za długoletnią współpracę i wspólną walkę o jakość i poziom artystyczny Teatru.

niedziela, 11 marca 2012

Madama Butterfly, Teatr Wielki, Kozłowski, Schoppa, Godlewski, Grabias

Produkcja operowa

Ciężko zmieścić linię produkcyjną Fabryki Wielkiej w skromnych halach Fabryki Jaracza w Łodzi. Tym razem szef koordynacji dźwięków Tadeusz Kozłowski wraz z ekipą dźwięków narzędziowych znaleźli się na sali prezentacyjnej. Operatorzy wysokich tonów naturalnych trafili do kieszeni lewej, a operatorzy tonów niskich do kieszeni prawej. Grupa najwyższej klasy brygadzistów produkowała dźwięki nad zabudowanym kanałem.

Fartuchy robocze przygotowane przez specjalistkę BHP Marię Balcerek jak zawsze wspaniałe, choć nie obyło się bez wpadki. Fartuchy zostały zaopatrzone w rzepy (rozwiązanie nietypowe dla tradycyjnej japońskiej myśli technologicznej), które przy rozpinaniu zakłócały harmonijny tok produkcji, nie mówiąc o rozbawieniu kontrolerów jakości w znacznej liczbie obserwujących proces produkcyjny.

Produkcja była eksperymentalna, gdyż brygadziści kilkakrotnie zamieniają się przy maszynach. Przy czym jedni występują w fartuchach roboczych, a pozostali we wprawdzie ładnej, ale jednak odzieży codziennej. Zamysł planistki Janiny Niesobskiej można uznać za interesujący, ale trudny jednak do rozszyfrowania. Niewiele to wniosło do samego procesu produkcyjnego. Budziło też kontrowersje, czy osoby w odzieży codziennej powinny tak angażować się przy taśmie, gdy wydawałoby się to zarezerwowane dla odpowiednio przygotowanych brygadzistów w odzieży roboczej. Wyglądało to jak rzetelne podejście do pracy zestawione z działaniem symulowanym.

Kontrolerzy jakości zwrócili też uwagę na pracowników o tyleż dekoracyjnych fartuchach, co zbędnych. Trzy pomocnice brygadzistki Anny Wiśniewskiej-Schoppy obsługującej maszynę Cio-Cio-San miały fartuchy z wypustkami sugerującymi jakąś lotność. Do tego poza funkcjami pomocniczymi wykonują ruchy koliście zwiewne, zamiast oddalać się zdecydowanie do innych wyznaczonych zadań. Kontrola jakości sugerowałaby przemyślenie tego egzaltowanego i niezgodnego ze współczesnym BHP rozwiązania.

Brygadzistka Agnieszka Makówka przy maszynie Suzuki nie miała specjalnej okazji popisać się umiejętnościami. Padła ponadto ofiarą nieudolności planistki. Miotanie się po scenie z nie wiadomo z czego wynikającym szaleństwem w oczach, objawy zaawansowanej choroby sierocej (wzbudzające lęk kontrolerów jakości, żeby brygadzistka krzywdy sobie nie zrobiła) nijak się miały jako elementy profesjonalnej organizacji procesu produkcyjnego.

Ewidentnie zachwyt kontrolerów wzbudził kierownik koordynacji dźwięków Tadeusz Kozłowski. Prezentację procesu produkcyjnego wygrała brygadzistka Anna Wiśniewska-Schoppa. Objawieniem dla kontrolerów był wspaniały brygadzista Mariusz Godlewski przy maszynie Sharpless. Brygadzista Tomasz Kuk przy maszynie Pinkerton zaczął słabo; na szczęście zebrał się w sobie i dalej było dobrze, choć wyczuwalny był brak wprawy w obsłudze maszyn – oczekiwane by było większe zaangażowanie w wykonywane zadania.

Siłą rzeczy brygadziści bez fartuchów roboczych wypadli bladziej. Też jakby przydzielone im zadania były mniejszego kalibru. Mimo to uwagę kontrolerów zwróciła jak zawsze perfekcyjna brygadzistka Bernadetta Grabias (maszyna Suzuki) i Zenon Kowalski (maszyna Sharpless).

Niestety próba obsługi maszyny Cio-Cio-San przez brygadzistkę Aleksandrę Novina-Chacińską wykazała, że musi się ona pilnie udać na kurs BHP – popełniane przez nią błędy są niedopuszczalne.

Ponownie produkcja będzie uruchomiona w niedzielę 11 marca i we wtorek 13 marca.

sobota, 11 lutego 2012

Hiszpańskie fascynacje, Teatr Wielki, Teatr Jaracza

Wypalenie?

fot. Teatr Wielki - Agnieszka Makówka

Teatr Wielki w remoncie, więc na kolejne przedstawienie zaprosił do Teatru Jaracza. Wrażenie jest niesamowite. Część orkiestry zmieściła się do orkiestronu… ale nie wszyscy. Kotły, bębny, harfa, trąbki, waltornie umieszczone zostały w najbliższych scenie lożach parteru i pietra, za szybami z pleksi.
Muzycy nie mieli dobrego widoku na dyrygenta, więc w lożach stały monitory z podglądem. Cud, że wszystko poszło dobrze, bo miałem wrażenie, że ruchy dyrygenta były widoczne na ekranach z minimalnym, ale jednak dostrzegalnym opóźnieniem. Jak dawał sobie radę Tadeusz Kozłowski nie widząc całej orkiestry nie wiem. Dość, że muzyka, ku zaskoczeniu wszystkich chyba, zupełnie nie ucierpiała, a pod batutą Tadeusza Kozłowskiego muzycy dali popis swojego kunsztu.

Na scenie można było podziwiać Ewę Majcherczyk, Ewę Vesin, Aleksandra Teligę, Sylwestra Kosteckiego, Adama Szerszenia, Joannę Woś, Agnieszkę Makówkę, Monikę Cichocką i wspaniałą w swoich interpretacjach Bernadettę Grabias. Jakby tego było mało były też sceny baletowe: pas des deux w wykonaniu Nozoumi Inoue i Sergii Oberemoka, zatańczyli też Monika Maciejewska z Gintautasem Potockasem. A i to nie wyczerpało repertuaru, bo swoimi umiejętnościami popisali się też Ludwika Maja Tomaszewska-Klimek (skrzypce) oraz Albin Brzeziński (gitara).

Niestety balet na niewielkiej scenie Teatru Jaracza, to widowisko na granicy popisu kaskaderskiego. Nozoumi Inoue raz nieomal wpadła za kulisę, a Sergii Obremok nie miał jak się rozpędzić. Skok mógłby zaczynać w prawej kulisie, a kończyć w lewej.

Pełne hiszpańskiego kolorytu kostiumy przygotowała niezrównana Maria Balcerek. Talent tej projektantki jest niesamowity. Budzi podziw jej kreatywność. Na ten jeden skromny w sumie spektakl potrzeba było chyba z szesnastu kostiumów dla solistów, nie licząc baletu i chóru. Chapeau bas.

I na tym zachwyty zakończę.

Waldemar Zawodziński stworzył może i ciekawą scenografię nawiązującą niemal dosłownie do Adolpha Appi, z wyświetlanymi na tylnej ścianie ni to dywanami o jakby perskiej prowieniencji. Nijak się to miało do Hiszpanii, a jeszcze mniej do fascynacji nią. O ile Maria Balcerek się nawymyślała i napracowała, o tyle Waldemar Zawodziński wziął kasę bez zbytniego wysiłku.

Cały koncert z dwudziestominutową przerwą trwa trzy godziny. O dobre czterdzieści minut za długo. Przy dziwnie dobranym repertuarze i monotonii widzowie ziewali niespecjalnie się z tym kryjąc.

Przedstawieniu brakuje reżyserskiej myśli, a choreografii polotu, czego po Janinie Niesobskiej się nie spodziewałem.

Była “Wielka gala operowa”, były “Gwiazdy w noc sylwestrową”, teraz “Hiszpańskie fascynacje”, a z koncertów będzie jeszcze “Gala karnawałowa”. Rozumiem trudności lokalowe, ale wygląda jakby do nich doszły jeszcze problemy z pomysłami.

niedziela, 5 lutego 2012

Posprzątane, Mariusz Grzegorzek, Teatr Jaracza

Rozgrzewanie humorem

Ubrałem się jak kandydat do pracy w Biedronce, no bo premiera. Ale że zimno to ja zmarzłem, a reszta widzów była w komfortowych sweterkach. Trochę to mnie szokowało, bo co? mam przychodzić w zależności od pogody, czy od wydarzenia?! Publiczność przypominała strojami tubylczy zlot w remizie.

Grzegorzek nie jest moim faworytem w celności odczytywania tekstów. Zawsze leci w egzaltację, właściwą facetom hołdującym długim włosom jako wyrazem własnej odrębności. Potwierdzenie znalazłem w przedstawieniu.

Blisko trzygodzinne przedstawienie mogło trwać o połowę mniej, ale Pan reżyser postanowił trawić czas aktorów, obsługi i widzów.na swoje niewydarzone wizje.
Niestety nie lubię Grzegorzka i nie daje mi on powodów, żeby go polubić. Zapatrzenie w siebie to dla mnie zbyt mało, szczególnie, gdy nie ma na co patrzeć.

Przedstawienie ratuje tekst i aktorki. Nie wiem, co Pan reżyser wniósł do przedstawienia poza własną egzaltacją.

Główną bohaterką jest Matilde (Justyna Wasilewska), pomoc domowa nienawidząca sprzątania, za to marząca o wymyślaniu dowcipów. Lane (Marieta Żukowska), jej pracodawczyni, uwielbia porządek, ale zapracowana nie ma kiedy sama sprzątać. Tego z kolei nie rozumie jej siostra Virginia (Gabriela Muskała), dla której sprzątanie jest esencją życia. A do tego jest Charles (Mariusz Witkowski), mąż Lane, zakochany w starszej od siebie pacjentce Anie (Agnieszka Kowalska).

Autorka (Sarah Ruhl) zapewniła niezłą dawkę humoru wydobywaną zarówno poprzez stworzone absurdalne sytuacje, jak i postaci. Pomysł Grzegorzka z rozmową telefoniczną z użyciem słuchawek na końcach kabla doceniam. Fajny chwyt.

Najbardziej jednak rozśmieszała Muskała. Jej ucieczka z pokoju, krokiem którego Monthy Python by się nie powstydził, czy wielki świat zaklęty w odkurzaczu powalają humorem.

Szkoda, że to Grzegorzek akurat reżyserował. Ma jakąś manierę, by wszystko wielokrotnie powtórzyć i zgrać do znudzenia. Na przykład Matilde jest w depresji, co jest powiedziane, a Grzegorzek zamienia to w wydarzenie, o którym klepie, i klepie, i klepie. Charles wędruje po Alasce, co widz już wie, a Grzegorzek powtarza, jakby z niedowierzaniem, że dotarło.

Mimo wszystko sztuka wspaniale rozgrzewa humorem w te mroźne dni.

niedziela, 11 grudnia 2011

Tydzień monodramu w Lodzi

Czyżby przypadek?

W sobotę w Teatrze Małym znajdującym się na terenie Manufaktury zakończył się II Łódzki Festiwal Monodramu “Mono w Manu”. W niedzielę był kontynuowany w Teatrze Jaracza. Kontynuowany?


Spektakl “Podróż do Buenos Aires” z podtytułem “work in regress” stał się świetnym podsumowaniem werdyktu dla festiwalu w Teatrze Małym.  Ten powrót Gabrieli Muskały po 10 latach od premiery, ale i poziom tekstu, reżyserii, świateł i mistrzowskiego wykonania skromna publiczność Małej Sceny nagrodziła owacją na stojąco. Muskała wraz z siostrą napisały tekst sztuki czarującej swą autentycznością. Ten monodram, to i śmiech, i łzy. To spojrzenie w naszą przyszłość i przeszłość. Bohaterką może być babcia wielu z nas (w zależności od pokolenia wydarzenia mogą się zmieniać). Sztuka jest wiwisekcją postrzegania rzeczywistości w mózgu “in regress”. Jest to równie zabawne, co przerażające. Coś, co czeka wielu z nas. 10 lat temu, jako dwudziestosześciolatka bodajże, Muskała stanęła przed nie lada wyzwaniem. I dała radę. Z wiekiem, także jej wiekiem, publiczność jeszcze bardziej musi się mierzyć ze starością. Taki spektakl, to przeżycie.

Na tym tle festiwal “Mono w Manu” zakończył się wynikiem zaskakującym. Jury składało się ze studentów teatrologii.

Spośród sześciu spektakli laur jury dostał Dariusz Sosiński za “Tancerza mecenasa Kraykowskiego” – opowieść o masochistycznym prześladowcy-naśladowcy. Aktor wystąpił, napisał scenariusz, spektakl wyreżyserował i opracował scenograficznie i muzycznie. Obawiam się, że nagroda jest za wszechstronność, a nie za osiągnięcie. Aktor etc. zaprezentował się sztampowo.

Nagrodę publiczności dostała Elżbieta Czerwińska za podwójną rolę w “Smażonych zielonych pomidorach”. To przedstawienie górowało nad zwycięzcą jury i mimo jego nierówności i niedostatków trudno publiczności nie odmówić racji.

Pozafestiwalowy monodram w Teatrze Jaracza dla równie nielicznej publiczności przebija każdy z festiwalowych spektakli. Teatr może się nazywać Mały, szkoda, jeśli jest mały.

Nie chcę zniechęcać do odwiedzania Teatru Małego. Dam mu szansę. Jego kierownictwo musi jednak wziąć się do roboty, żeby małość nie stałą się synonimem dla tego teatru.

Dziękuję niewymienionym tu za pomoc w pisaniu tej notki.

środa, 16 listopada 2011

Rewizor, Gogol, Teatr Jaracza, Marek Fiedor

Mateczka z cycem

Premiera “Rewizora” Mikołaja Gogola według scenariusza i w reżyserii Marka Fiedora odbyła się w minioną sobotę. Nie byłem wtedy, ale Teatr Jaracza nawiedziłem z Jakisiem w środę. Widzowie o średniej 25 lat, a gdyby nie my, to pewno 24. Trochę się dziwiliśmy, że zamiast siedzieć na normalnej widowni krzesła rozstawione są na podestach i scenę ogląda się, jak ze stadionowych trybun. Wyjaśniło się w trakcie. Liczba planów na scenie sięgnęła nawet trzech i najbardziej oddalony nie byłby widocznej ze zwykłej widowni. W sumie opłaca się usiąść dalej, w sensie wyżej.

Scenografia nawiązuje do siermiężnych lat PRLu i czasów nam współczesnych. Starocie wędrują w kąt, zastąpione przez nowe sprzęty, ale ludzkie przywary, głupoty i odwieczne reguły gry pozostają. Scenografia nie powala, ale doceniam jej głębię, dosłownie i w przenośni. Po spojrzeniu na plakat spodziewałem się kostiumowego odjazdu, ale… zawiodłem się.

Fiedor pociął tekst i wykorzystał fragmenty innych utworów Gogola: Ożenku, Martwych dusz i Newskiego prospektu (coś tam wyczuwałem, ale doczytałem w programie) . Wyszedł chwilami niespójny misz-masz. Początek nudzi, potem sztuka się rozkręca, jest nierówna, ale są dobre sceny.

Mocna stroną Jaracza są aktorzy… jak zawsze. Milena Lisiecka w roli Anny powala i pokazuje do czego może przytulić młodego kochasia (patrz tytuł). Mariusz Jakus w roli Antoniego – horodniczego jak wyżej, ale bez cyca. Zabawny jest Marcin Łuczak w roli urzędnika z Petersburga, uwodzicielski (jak zwykle) Hubert Jarczak w epizodycznej roli służącego owego urzędnika. Wrażenie robi też Przemysław Kozłowski w roli zarządcy placówki leczniczej. Najsłabszym ogniwem jest Iwona Dróżdż-Lipińska w roli córki Anny i horodniczego. Aktor powinien mówić do widza, a nie do siebie… tak jakoś chodzi o to, żeby aktora było słychać i można było zrozumieć, co mówi.

Publiczność zgotowała owację na stojąco. Było to przesadą, ale OK, niech zachwyca, nawet jeśli nie do końca zachwyca.

Czy warto? Hm, dla talentu aktorów… warto!

środa, 30 marca 2011

Słowo, Grzegorzek, Jaracz, recenzja

Wiara czyni cuda

Kto czytał komentarze wie, że przez niejaką Martę zostałem wyzwany od ostatnich za to, że na spektaklu Grzegorzka nie popuściłem w spodnie. Poza krytyką mojej osoby i moich wrażeń ze spektaklu odwołała się do recenzji w Wyborczej i Dzienniku Łódzkim. Odnalazłem je i przeczytałem.

W Wyborczej do sztuki odniosła się Malwina Wadas w tekście Premiera w Jaraczu: Modlimy się o cud

O analizę tej żałosnej „recenzji, a la wypracowanie” chętnie poprosiłbym Ge. Składa się ze Wstępu, Opisu akcji, Listy Płac, i wyrazu scenograficznej egzaltacji autorki. Powinno być Opis, Analiza, Wartościowanie i Synteza. Szczególnie w Liście płac do płac właśnie odwołała się autorka zwiększając swoją wierszówkę na maksa. Łódzka Wyborcza to dopiero prawdziwy dramat, co nie zmienia faktu, że jej byli dziennikarze cieszą się szczególnymi względami przy obsadzaniu stanowisk w Urzędzie Miasta.

Kolejna recenzja jest z Dziennika Łódzkiego – takiej upadającej gazety regionalnej, którą czyta coraz mniejsza liczba ludzi. Autor: Łukasz Kaczyński, "Zuchwała energia, która kipi w "Słowie"" (niestety trzeba się zalogować, żeby przeczytać) Struktura tekstu Kaczyńskiego jest nieco bardziej wyrafinowana... no powiedzmy. Ocenia już w pierwszym akapicie: „spektakl o wielkiej sile, gęsty, absorbujący zarówno na płaszczyźnie myślowej jak estetycznej”. Czemu autor tak myśli pewno dowiemy się dalej. Następnie daje Opis akcji, buu. Następują cztery (!) wersy analizy z odniesieniem do Ibsena (co za spostrzegawczość!) zakończone słowami „Spektakl przez niego przygotowany cieszy jeszcze z kilku ważniejszych powodów.” Co daje asumpt do opisu scenografii i reżyserii świateł – to te ważniejsze powody?! Trzy kolejne wersy opisujące początek przedstawienia nie bardzo konweniują z napięciem czytelnika wywołanym słowami „ważniejsze powody”. Kolejnych dziesięć wersów, to lista płac z prywatnymi ocenami aktorów. Całość autor kończy słowami «"Słowo" to spektakl sezonu!» - ot tak ni z dupy, ni z pietruchy.

A biedna Marta, w zmoczonej własnym moczem (mocz, moczyć) sukience klęczy przed kupą i wmawia sobie, że to tort. Smacznego, łeeee…

niedziela, 27 marca 2011

Slowo, Mariusz Grzegorzek, Teatr Jaracza

Z pilotem w ręku

Pampers, każdy kojarzy z dziecięcą pieluchą. Nie każdy wie, że są też takie pampersy dla dorosłych. I są one niezbędne dla tego spektaklu, jak i prezentowanego w ramach Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych „Niech żyje wojna!!!” (o czym w kolejnej notce, wraz z podsumowaniem festiwalu). Kurwa, dwie godziny bez picia i szansy na wysikanie się.

Lubię repertuar teatru Jaracza, ale już przy Dybuku miałem wątpliwości. Teraz wątpliwości nie mam. Grzegorzek niech robi karierę w parafialnych kółkach teatralnych. Po osiemnastu godzinach spektaklu "Słowo" Kaja Munka okazało się, że minęła dopiero godzina. W banalnej scenografii autorstwa reżysera rozgrywa się nie mniej banalne starcie chrześcijańskich sekt w realistycznej do bólu inscenizacji. Tak, kurwa, nic z tego nie wynika, że aż zatwardzenia można dostać.

Farsowym elementem spektaklu jest częstowanie kawą. Biedni i bogaci kawę serwują każdemu. Jak jakiś product placement. Jednak tego misterium kawy nie daje się wytrzymać.

Daje się to obejrzeć z pilotem. Nieustanne pauzy pozwalają na zmianę kanału, całość można przyśpieszyć o 50%, często trzeba podgłośnić, czasem ściszyć.

Nie trać czasu, życie jest ciekawsze.

wtorek, 22 marca 2011

Zmierzch bogów, Grzegorz Wiśniewski

Reżyserski popis

16 marca do Łodzi zawitał spektakl „Zmierzch bogów” z Teatru Wybrzeże. Reżyserem jest Grzegorz Wiśniewski, nie raz wymieniany w notkach na tym blogu. Sztuka oparta jest o scenariusz filmu Luchino Viscontiego pod tym samym tytułem. Spektakl pokazywany jest w ramach Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, ale tym razem nie na deskach Teatru Powszechnego, lecz w Wytwórni. Swoistego smaczku dodaje, że sztuka teatralna na bazie scenariusza filmowego wystawiana jest w hali filmowej.

To co zapamiętam ze spektaklu, to imponująca scenografia Barbary Hanickiej. Dwie olbrzymie płyty – obite jakby blachą, co nawiązuje do stalowni posiadanej przez rodzinę Essenbecków, bohaterów sztuki - jednocześnie wsparte o siebie, ale i jakby upadające jedna na drugą niczym kolumny zrujnowanego starożytnego pałacu.

Na tle tej dominującej nad postaciami scenografii oglądamy smutne losy rozpadu rodziny, walki o władzę, wzajemnego wycinania się mimo coraz słabszych (ale jednak) więzów rodzinnych. Wiśniewski dostał za realizację tej sztuki nagrodę imienia Swinarskiego dla najlepszego reżysera sezonu 2009/2010. Należała się, bo to co zapamiętam, to popis sztuki reżyserskiej. Każda sytuacja pokazywała reżyserską inwencję. Chwilami łapałem się na tym, że nie sztuka mnie pochłania, a reżyseria. I w tym widzę mankament spektaklu. W pierwszym akcie aktorzy trochę nie mieli tempa i klepali dialogi. W drugim się rozruszali, ale ja już nie na nich skupiałem uwagę. W efekcie emocjonalnie wyszedłem ze spektaklu i spłynął po mnie. Cóż, bywa.

Jak będziecie mieli okazję zdecydowanie obejrzyjcie.

wtorek, 15 lutego 2011

„Barbelo, o psach i dzieciach”, Anna Augustynowicz, Teatr Jaracza

Ogonem uwiedziony?
Rakowski w "Mordzie" w Nowym zaskoczył dziećmi. Augustynowicz w Jaraczu w "Barbelo..." zaskoczyła... psem! Ciekawie jest widzieć na scenie grającego psa, ślicznego i posłusznego. Choć w pewnym momencie nie wiem, czy wizyta psa na scenie, a wręcz wśród widowni, była zaplanowana, czy wynikająca z psiej ciekawości... i nieupilnowania.  
Nie radzę czytać programu przed obejrzeniem sztuki. Zrobiłem to... i byłem kompletnie zdezorientowany. Niestety, nudziłem się przez cały czas trwania przedstawienia. Nie, że poznałem treść, przeciwnie, nastawiłem się na coś zupełnie innego.
Dosyć czytelne jest sceniczne pomieszanie ludzi i psów, nie do końca wiadomo, kto psem, a kto człowiekiem. My psy? (Policjant = pies) Los każdego dowolnego psa jest tożsamy z losem dowolnego człowieka. W sumie wychodzi, ze autorka ma racje. Niestety nie udało mi się dociec, czemu to miało służyć. Pani reżyser poprowadziła aktorów jako recytatorów. Nie mówią do siebie, mówią obok. Nawet psy jakoś się komunikują: szczekają, szczerzą zęby, machają ogonem. A ludzie (psy) pani reżyser są w jakiejś pustce.

Serbska autorka dramatu - Biljana Srbljanović (41 l.) - robi u siebie za szychę. Uniwersalność jej twórczości jakoś mnie nie uwiodła.

Czy ktoś ma i może pożyczyć "Czeczenia. Rok III" Jonathana Littella? 

piątek, 15 stycznia 2010

Wątroba raz jeszcze


 
Matka awanturuje się z synem:

przeklinam cię na najboleśniejsze bóle, żeby ci bez przerwy obcinali cią­gle odrastającego członka. (...) Odprowadzisz obsuszone naczynia do kredensu, a kubeł na śmieci pokaże ci, kim jesteś, kiedy będziesz go musiał przekazać zbiorowemu kubłowi na śmieci.

Twój oj­ciec wykopał mi w moim brzuchu grób.
Przyciągnięty awanturą wpada sąsiad:

Co to za przywidzenie, które państwo mają, że to na pewno w ogó­le nikomu nie przeszkadza, jak państwo prowadzą takie hałaśliwe życie. Czy pań­stwo postradali całe normalne zdrowie, że nie mogą zauważyć, że świat jest pełen jeszcze innych ludzi, że powyżej i poniżej, i po prawej, i po lewej ludzie masowo przeprowadzają porządne życie. Moja żona przypaliła sobie palec przy prasowa­niu, a moja córka z tego hałasu zrobiła się taka nieznośna, że musiałem jej wlepić w mordę. Nawet chomik nam się obudził.
Inna sąsiadka:

W sensie akustycznym to jest obrzydliwe. Cały ten dom jest żałosny pod względem akustycznym. Cały świat jest akustycznie po prostu nie do wytrzymania. Dźwięk jest rzeczywistą przyczyną śmierci każdej myśli. Człowiek, który przestaje akustycznie z odgłosami państwa, przestaje myśleć. Zaczyna cier­pieć.

Nazywa się pan tak samo ob­rzydliwie, jak pan wygląda.

Niech pan przynajmniej podczas mo­jej obecności nie zapomina, że nie jest pan niczym innym jak tylko ryczącym na cały regulator zwierzęciem, które się niestety rozmnożyło.

Proszę się z łaski swojej ru­szyć na boki. Lud trzeba bez przerwy rozpraszać. (wskazuje laską na małżeństwo Kovaciców) Dalej, marsz na górę do waszego chlewu. A pani, pani Robak, niech pani się łaskawie powlecze po te swoje sprawunki, które niestety muszą być moi­mi sprawunkami.
Sąsiad o sąsiadce:

Ta świnia, ta, stara... ta pizda, ta, sparciała. Robaki dawno jej maci­cę zżarły... to drze teraz mordę z tej bezpłodności.
Żona uspokaja sąsiada:

Nie, teraz to już naprawdę starczy tych nieprzyzwoitych kobiecych wyrazów, bo ja w końcu też jestem zmuszona być kobietą i mieć swój kobiecy honor. Te twoje kobiece brudy to musisz wyrzucać z tego twojego zdenerwowa­nia przy stole w knajpie, bo inaczej to moją kobiecość też w końcu upaćkasz.
Sąsiad:

Cały... cały wszechświat jest już tylko wypchany wyłącznie samymi brudnymi babami. Cały świat jest... pełen dziur.
Żona:

Teraz wszyscy urządzimy sobie odprężenie razem z naszym mieszkaniem, które posiada teraz takie piękne meble, bo nasz ojciec porządnie się dorobił z powodu pięknego wyglądu naszego mieszkania. Desiree, idź, przynieś mu piwa, temu naszemu dorobkiewiczowi, a ty, Bianka, nalej mi ajerkoniaku do kieliszka, jak to się wszędzie widzi po rodzi­nach, że pani domu sączy likier, a pan życia domowego piwem odświeża sobie pracowite ciało.
Rozmowa przy stole - zwróćcie uwagę na imię i nazwisko rzeźnika, nie jest łatwo to wyłapać w trakce sztuki:

Co się dotyczy pasztetówki, to znam jednego specjalnego rzeźnika, Wottila Karli się nazywa, to on ma najlepszy zestaw przypraw, i to jest w ogóle jego sekret. (...) A do tego jeszcze to jaki on tani jest, ten Wottila. Ale on już taki jest, że od razu kładzie ogromną wagę na jakość pasztetówki i na błogosławioną klien­telę, tak że w końcu zawsze wszystko dobrze się kończy.
O bogu:

Bóg jest oczywiście zwierzęciem domowym, pani Robak, a pani jest dla niego przynależnym żarciem po okazyjnej cenie.

O wierszu:

I to właśnie mój Herrmann własnoręcznie z siebie wynalazł.

I wreszcie:

Człowiek mal­tretuje sobie wątrobę, żeby uzyskać jakąś znośność. Wpija się w jakieś zrozumie­nie. Moja wątroba była daremna. Moja wątroba jest bez sensu.

I to tylko żeby Was zachęcić. Aktorzy z tych tekstów wydobywają o wiele więcej. Nie mówiąc o wszystkich zaskoczeniach.

czwartek, 14 stycznia 2010

Wątroba, Teatr Jaracza, Grzegorz Wiśniewski

Nie, nie o moją wątrobę chodzi. Wbrew pogłoskom działa wciąż wydajnie.

Wczoraj dzięki miłemu zaproszeniu byłem w Jaraczu na spektaklu "Zagłada ludu albo MOJA WĄTROBA JEST BEZ SENSU". Recenzja tutaj.

Sztuka grana jest już od 2008 roku, ale Ge jakoś jej nie dostrzegł, i w ramach swojej działalności upowszechniającej nigdy nie zaproponował niestety. Tekst jest świetny, choć trudno zapamiętać wszystkie smaczki. Ale z tym może uda mi się coś zrobić. Zaskakujących momentów jest sporo. Zachęcam, polecam, wymagam.

wtorek, 27 października 2009

Rowerzyści, Anna Augustynowicz

Spektakl + refluksje

Wieczorem Teatr im. S. Jaracza, "Rowerzyści"

Autor: Volker Schmidt
Reżyser: Anna Augustynowicz

Występują:

Franciszka - Joanna Matuszak (Teatr Współczesny w Szczecinie)
Lina - Agnieszka Więdłocha (PWSFTviT)
Anna - Beata Zygarlicka (Teatr Współczesny w Szczecinie)
Albert - Arkadiusz Buszko (Teatr Współczesny w Szczecinie)
Manfred - Przemysław Kozłowski
Tomek - Marcin Łuczak

Aktorzy zagrali fajnie, ale sztuka nudna. Postindustrialne związki ludzkie pozbawione uczuć. Było parę zaskakujących momentów. Sztuka nie jest komedią, ale reżyser starał się wywołać efekty komediowe i rzeczywiście trudno było się nie uśmiechnąć. Po co to, nie wiem. Pasowało jak pięść do nosa, ale może jakby nie było, to nikt by nie przyszedł oglądać.

Sztuka o tyle mnie ruszyła, że pokazała obecną płytkość relacji międzyludzkich. To co najwyżej cenię, czyli relacja emocjonalna, jest przeżytkiem. I dlaczego ja się jeszcze dziwię, że traktowany jestem tylko jako obiekt seksualny, bądź ostatecznie jako wsparcie. Uczucia nie ma, jest uznawane za zbędne i niepotrzebne. A przecież jesteśmy uczuciowi. Uczucia to nie jest coś, co zniknęło z naszej konstrukcji psychicznej. Tylko dlaczego są one tak skrywane, odpychane? Młodzi boją się uczuć, bo one oznaczają utratę ich niezależności i wymagają odpowiedzialności za kogoś do czego jeszcze nie dojrzeli ... i nie wiadomo, czy kiedykolwiek dojrzeją. Starsi są zblazowani. Pielęgnują swoje nawyki i przyzwyczajenia, nie są skorzy do kompromisu i poświęcenia. To jak ja mam się w tym świecie odnaleźć?