Z...Z
"Drogówka" Wojciecha Smarzowskiego zdaje się bić rekordy popularności. Bytłem zauroczony "Różą" więc trzeba było się zmierzyć i z tym dziełem.
"Blair Witch Project" miał premierę jakieś 14 lat temu. Koncepcja się przyjęła i dlatego obraz Smarzowskiego jest kompilacją zdjęć z kamery filmowej i kiepskiej jakości nagrań z kamer przemysłowych i telefonów komórkowych. Tworzy to obraz w zamierzeniu autentyczny poprzez swoją chaotyczność. Ma też uzasadnienie scenariuszowe - nagrania z komórek są podstawą śledztwa jakie zaczyna toczyć jeden z policjantów drogówki.
Choć film zaczyna się od rodzajowych scenek zatrzymań zwykłych kierowców, jak i co bardziej prominentnych, to ma to swój cel w fabule filmu. Prywatne nagrania z policyjnych zatrzymań tworzą sieć, w którą wikłają się ofiary. Policjanci stają się jedynie narzędziem tworzącym kolejne narzędzia dające możliwość nacisku tak, by enigmatyczna grupa mogła ukręcić własne lody.
Filmem znudziłem się już po kilkunastu minutach. Sceny zatrzymań wydłużały się w nieskończoność. Gdy doszło do zawiązania akcji zasadniczo wiadomo było, że film z warstwy obyczajowej przechodzi w sensacyjną. Mamy ucieczki, podchody, ganianie się po dachach i w metrze, życzliwych i kłamliwych, itd. Kino rozrywkowe choć w założeniu obnażające mroczne zasady funkcjonowania III RP.
Film męczy tanią rodzajówą. Mamy rynsztokowe dialogi, seks na ekranie, chore relacje międzyludzkie, Warszawę jako miasto unurzane w smrodku zalezności, mieszkania w stanie rozkładu z wypasionymi furami stojącymi pod oknami, itd. Jest to tak powtarzalne, że aż nużące.
Smarzowski stworzył dzieło łatwe do przełknięcia dla wystającej po bramach publiczności skrywając jakąś chęć pogłębienia tematu tak bardzo, że się to zatraciło. Smarzowski, jako scenarzysta i reżyser, tak się rozpędził, że sens wydarzeń nie nadąża za tempem akcji. Są też licznedłużyzny (m.in. ganianie za gostkiem odwiedzającym kolejne burdele - co zresztą do niczego szczególnego nie prowadzi), są słabe zdjęcia (sytuacje kręcone aż do bólu zębów zamiast umiejetnego zamknięcia ich w kilku ujęciach), są słabiutkie scenariuszowe powiązania. Jedyne czym film się broni to świetna gra aktorska - dobrze, że chociaż do tego Smarzowski ma nadal świetną rękę.
Każdy student zna zasadę trzech "Z": zakuj, zalicz, zapomnij. W przypadku tego filmu środkowe "Z" jest zbędne.
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 lutego 2013
czwartek, 8 listopada 2012
Melancholia, Lars von Trier
Pobożne życzenie
Na “Loopera” nie poszedłem zrażony słabymi recenzjami, które zresztą potwierdziły się w opiniach znajomych, którzy nie oparli się pokusie obejrzenia.
Za to zaproszony obejrzałem niegdyś pominiętą “Melancholię” Larsa von Triera.
Z “Looperem” “Melancholia” łączy się konwencją science-fiction. Jednak “Melancholia” bardziej jest filmem katastroficznym. Choć jest pewna różnica. Filmy katastroficzne mają zwyczaj rozważania dróg kończących się przeżyciem i tych zakończonych śmiertelną porażką. W przypadku “Melancholii” nie ma takiej opcji; zagłada jest nieunikniona i nie ma przed nią ucieczki.
Co więcej kres widz poznaje już na początku filmu. Reszta, to dochodzenie do tego momentu. Bohaterkami są dwie siostry. Jedna z mężem i synem, druga z nieuporządkowanym jeszcze życiem, ale z przeczuciem nieuniknionego.
Całość rozgrywa się w kameralnej, sielskiej scenerii wiejskiej rezydencji.
Większość filmów tego typu pokazuje sceny zbiorowe, pustoszejące miasta, sceny gwałtów. Tu tego nie ma. Wszystko odbywa się w zamierzonej i – wybranej przez reżysera – romantycznej scenerii.
Nawet źródło zagłady poraża swą urodą, nadchodzi ona uwodząc swym pięknem.
Szukałem porównania do innego filmu o podobnej atmosferze. Do głowy przyszedł mi jedynie “On the beach” (“Ostatni brzeg”) z 1959 roku. Tam też tragedia rozgrywała się kameralnie. Jednak romantyzmu nie było w tamtym filmie za grosz.
Młodsza z sióstr – Justine - jakimś cudem dużo wcześniej zdaje sobie sprawę z nadchodzącej zagłady. Niezależnie od tego zgadza się na uczestniczenie w rytuałach, do których zobowiązali ją najbliżsi. Jest to OK do momentu, gdy nowopoślubiony mąż z zupełnie zaskakujących powodów akceptuje odrzucenie przez swą wybrankę w noc poślubną.
Reżyser widzi w bohaterkach odbicie własnych stanów depresyjnych. Stąd Justine przechodzi od egocentrycznego odrzucenia rzeczywistości, wręcz wpędzenia się w chorobę psychiczną, do odpowiedzialności za innych. Na drugim biegunie jest jej zamężna siostra - Claire - troszcząca się o swoje dziecko. Wierzy ona we wszystkie zapewnienia gwarantujące przetrwanie jej i potomkowi. Ignoruje niepewne informacje, wierzy otoczeniu zapewniającym o szczęśliwym przebiegu zdarzeń. Gdy jednak fakty staną się bezlitosne wpada w panikę.
Przypomina to sytuację żydów z okresu II wojny światowej. Niepokojące informacje były ignorowane. “Niemcy to kulturalny naród, nie są zdolni do takich okropności” pamiętam z jakiegoś filmu. Zetknięcie z rzeczywistością rodziło niewiarę, jej zaprzeczenie. Koniec wyglądał różnie.
Sprawiająca wcześniej kłopoty Justine w momencie zagłady jest oparciem dla swej spanikowanej siostry. Dla dziecka budowana jest alternatywna rzeczywistość niczym z “Życie jest piękne” (“La Vita è bella”).
Tytułowa "Melancholia" niosąca zagładę, jest jako nazwa odlotowa. Koniec jest przedstawiony jako bezbolesny.
Pobożne życzenie.
Na “Loopera” nie poszedłem zrażony słabymi recenzjami, które zresztą potwierdziły się w opiniach znajomych, którzy nie oparli się pokusie obejrzenia.
Za to zaproszony obejrzałem niegdyś pominiętą “Melancholię” Larsa von Triera.
Z “Looperem” “Melancholia” łączy się konwencją science-fiction. Jednak “Melancholia” bardziej jest filmem katastroficznym. Choć jest pewna różnica. Filmy katastroficzne mają zwyczaj rozważania dróg kończących się przeżyciem i tych zakończonych śmiertelną porażką. W przypadku “Melancholii” nie ma takiej opcji; zagłada jest nieunikniona i nie ma przed nią ucieczki.
Co więcej kres widz poznaje już na początku filmu. Reszta, to dochodzenie do tego momentu. Bohaterkami są dwie siostry. Jedna z mężem i synem, druga z nieuporządkowanym jeszcze życiem, ale z przeczuciem nieuniknionego.
Całość rozgrywa się w kameralnej, sielskiej scenerii wiejskiej rezydencji.
Większość filmów tego typu pokazuje sceny zbiorowe, pustoszejące miasta, sceny gwałtów. Tu tego nie ma. Wszystko odbywa się w zamierzonej i – wybranej przez reżysera – romantycznej scenerii.
Nawet źródło zagłady poraża swą urodą, nadchodzi ona uwodząc swym pięknem.
Szukałem porównania do innego filmu o podobnej atmosferze. Do głowy przyszedł mi jedynie “On the beach” (“Ostatni brzeg”) z 1959 roku. Tam też tragedia rozgrywała się kameralnie. Jednak romantyzmu nie było w tamtym filmie za grosz.
Młodsza z sióstr – Justine - jakimś cudem dużo wcześniej zdaje sobie sprawę z nadchodzącej zagłady. Niezależnie od tego zgadza się na uczestniczenie w rytuałach, do których zobowiązali ją najbliżsi. Jest to OK do momentu, gdy nowopoślubiony mąż z zupełnie zaskakujących powodów akceptuje odrzucenie przez swą wybrankę w noc poślubną.
Reżyser widzi w bohaterkach odbicie własnych stanów depresyjnych. Stąd Justine przechodzi od egocentrycznego odrzucenia rzeczywistości, wręcz wpędzenia się w chorobę psychiczną, do odpowiedzialności za innych. Na drugim biegunie jest jej zamężna siostra - Claire - troszcząca się o swoje dziecko. Wierzy ona we wszystkie zapewnienia gwarantujące przetrwanie jej i potomkowi. Ignoruje niepewne informacje, wierzy otoczeniu zapewniającym o szczęśliwym przebiegu zdarzeń. Gdy jednak fakty staną się bezlitosne wpada w panikę.
Przypomina to sytuację żydów z okresu II wojny światowej. Niepokojące informacje były ignorowane. “Niemcy to kulturalny naród, nie są zdolni do takich okropności” pamiętam z jakiegoś filmu. Zetknięcie z rzeczywistością rodziło niewiarę, jej zaprzeczenie. Koniec wyglądał różnie.
Sprawiająca wcześniej kłopoty Justine w momencie zagłady jest oparciem dla swej spanikowanej siostry. Dla dziecka budowana jest alternatywna rzeczywistość niczym z “Życie jest piękne” (“La Vita è bella”).
Tytułowa "Melancholia" niosąca zagładę, jest jako nazwa odlotowa. Koniec jest przedstawiony jako bezbolesny.
Pobożne życzenie.
piątek, 23 marca 2012
Iron Sky–naziści atakują
Historyczna niepoprawność
Na tę komedię SF z licznymi odwołaniami do popkultury, wywołującą salwy śmiechu publiczności, rewelację Berlinale czekam niecierpliwie.
Zwiastun polski
Zwiastun 2 (bez polskiego tłumaczenia)
| fot. www.movieline.com |
Zwiastun polski
Zwiastun 2 (bez polskiego tłumaczenia)
wtorek, 21 lutego 2012
Sponsoring (Elles), Malgorzata (Malgoska) Szumowska, Juliette Binoche
Fellatio dla ubogich
W jeden wieczór odwiedziłem cztery sale kinowe. W jednej kilkoro karków delektowało się ligą mistrzów w przetaczaniu piłki po trawniku, w drugiej "Żelazna dama", którą już widziałem więc odpuściłem, w trzeciej leciała końcówka "Spadkobierców" dzięki czemu już wiem, że na ten film nie pójdę.
A zacząłem, jak w tytule. Wytrzymałem całe 40 minut. Jedyne co mnie powstrzymywało przed jeszcze wcześniejszym wyjściem było jakieś zapatrzenie się w film towarzyszącego mi kinomana. Krępowałem się, no bo on się zna, a ja może reaguję przesadnie, płytko i w ogóle nie potrafię docenić prawdziwego kina z głębią mi nieosiągalną.
Wyszedłem, gdy dojrzały pan wykonywał ruchy frykcyjne na młodej pani, a w tle leciała Eroica Beethovena. Nie mogłem znieść tej tandety. Taki kicz, że źrenice mętnieją od patrzenia. Film pełen jest klisz, nużących pauz, koszmarnego prowadzenia kamery.
Juliette Binoche jest bardzo bogatą redaktorką "Elle", której nie stać na gospodynię, więc zmaga się z zakupami i niedomykająca się lodówką. Absurdalny scenariusz możnaby uznać za surrealistyczny, gdyby choć przez chwilę trzymał się tej konwencji. Bohaterkami są puszczające się za kasę studentki. Czy czegoś się o nich dowiadujemy? Nie, niczego. O ich klientach? Banały. O piszącej artykuł dziennikarce można się dowiedzieć, że to jej pierwszy artykuł w życiu, bo nawet nie wie czego chce się dowiedzieć o swoich bohaterkach.
Dawno nie widziałem równie złego filmu. Zdziwiłem się widząc mojego znamienitego towarzysza niemal wybiegającego z kina. A dowartościowałem, gdy powiedział, ze ten film mógłby być najwyżej etiudą studencką.
Omijaj z daleka.
W jeden wieczór odwiedziłem cztery sale kinowe. W jednej kilkoro karków delektowało się ligą mistrzów w przetaczaniu piłki po trawniku, w drugiej "Żelazna dama", którą już widziałem więc odpuściłem, w trzeciej leciała końcówka "Spadkobierców" dzięki czemu już wiem, że na ten film nie pójdę.
A zacząłem, jak w tytule. Wytrzymałem całe 40 minut. Jedyne co mnie powstrzymywało przed jeszcze wcześniejszym wyjściem było jakieś zapatrzenie się w film towarzyszącego mi kinomana. Krępowałem się, no bo on się zna, a ja może reaguję przesadnie, płytko i w ogóle nie potrafię docenić prawdziwego kina z głębią mi nieosiągalną.
Wyszedłem, gdy dojrzały pan wykonywał ruchy frykcyjne na młodej pani, a w tle leciała Eroica Beethovena. Nie mogłem znieść tej tandety. Taki kicz, że źrenice mętnieją od patrzenia. Film pełen jest klisz, nużących pauz, koszmarnego prowadzenia kamery.
Juliette Binoche jest bardzo bogatą redaktorką "Elle", której nie stać na gospodynię, więc zmaga się z zakupami i niedomykająca się lodówką. Absurdalny scenariusz możnaby uznać za surrealistyczny, gdyby choć przez chwilę trzymał się tej konwencji. Bohaterkami są puszczające się za kasę studentki. Czy czegoś się o nich dowiadujemy? Nie, niczego. O ich klientach? Banały. O piszącej artykuł dziennikarce można się dowiedzieć, że to jej pierwszy artykuł w życiu, bo nawet nie wie czego chce się dowiedzieć o swoich bohaterkach.
Dawno nie widziałem równie złego filmu. Zdziwiłem się widząc mojego znamienitego towarzysza niemal wybiegającego z kina. A dowartościowałem, gdy powiedział, ze ten film mógłby być najwyżej etiudą studencką.
Omijaj z daleka.
wtorek, 14 lutego 2012
Żelazna Dama, czy Lady, a w ogóle to Baronessa Margaret Hilda Thatcher, Meryl Streep
Glutaminian sodu
Walentynkowe kino wypełnione po brzegi. Nie wiem jak było na pozostałych komedio-romantycznych seansach, ale na tym widzów nie brakowało. Powiedziałbym dziki tłum, jak na wtorek. Że niby walentynkowy? Tak w ogóle św. Walenty nigdy nie istniał i jest to tylko kulturowy wykwit.
Tak jak nigdy nie byłem wielbicielem Margaret Thatcher, tak Meryl Streep ściągnie mnie do kina zawsze. Niestety jest to film o talencie Meryl Streep i beztalenciu scenarzysty i reżysera, których z litości nie wymieniam, bo po co. Film jest o może nazbyt omijanym temacie starczej demencji, ale też o życiu rodziny w cieniu politycznych ambicji matki(którą rzeczona nazywa obowiązkiem), kobiecie w politycznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, ideach, które albo się wciela w życie, albo tylko deklaruje, by zyskać poklask.
Ten sos ma tyle składników, że zaczyna smakować jak chińska zupka okraszona Meryl Streep w charakterze glutaminianu sodu. Sam glutaminian (Meryl Streep) zaczyna też chwilami dominować nad resztą zawartości, może w nadziei, że sam w sobie znajdzie uznanie.
O ile niczego nie można zarzucić reklamie filmu (choć scena “Gentlemen, shall we join the ladies?” niestety została z filmu wycięta), o tyle sam film może być jedynie słabo pogłębionym, dydaktycznym obrazem czasów, które dziś okazują się wcale nie takie minione (Grecja, Włochy!) z płytkim rysem psychologicznym.
Pewne stwierdzenia z filmu skłoniły mnie do sięgnięcia do Maxa Webera – za wiki:
“Polityk musi pokonywać własną próżność, która rodzi nierzeczowość i brak odpowiedzialności. Grzech zaczyna się, gdy dążenie do władzy nie staje się przedmiotem w służbie dobra wspólnego. Polityk, któremu chodzi tylko o sprawowanie władzy i zaspokojenie własnej próżności, będzie zawsze miernotą – nawet gdy odniesie zewnętrzne sukcesy. W polityce nie chodzi bowiem o władzę dla niej samej, ale o władzę w służbie idei. Dla Webera był to warunek polityki uczciwej i odpowiedzialnej: "Polityka jako zawód i powołanie ma sens wówczas, gdy łączy szansę wielkiej nagrody dzięki sukcesom i zapowiedź surowej kary za zawiniony brak sukcesów".”
Margaret Thatcher, cokolwiek o niej powiedzieć, była politykiem idei. Politycy z jakimi mamy do czynienia w naszym i innych europejskich krajach są jedynie glutaminianem sodu, podbijającym nasze podniebienie ułudą prawdziwego smaku.
Walentynkowe kino wypełnione po brzegi. Nie wiem jak było na pozostałych komedio-romantycznych seansach, ale na tym widzów nie brakowało. Powiedziałbym dziki tłum, jak na wtorek. Że niby walentynkowy? Tak w ogóle św. Walenty nigdy nie istniał i jest to tylko kulturowy wykwit.
Tak jak nigdy nie byłem wielbicielem Margaret Thatcher, tak Meryl Streep ściągnie mnie do kina zawsze. Niestety jest to film o talencie Meryl Streep i beztalenciu scenarzysty i reżysera, których z litości nie wymieniam, bo po co. Film jest o może nazbyt omijanym temacie starczej demencji, ale też o życiu rodziny w cieniu politycznych ambicji matki(którą rzeczona nazywa obowiązkiem), kobiecie w politycznym świecie zdominowanym przez mężczyzn, ideach, które albo się wciela w życie, albo tylko deklaruje, by zyskać poklask.
Ten sos ma tyle składników, że zaczyna smakować jak chińska zupka okraszona Meryl Streep w charakterze glutaminianu sodu. Sam glutaminian (Meryl Streep) zaczyna też chwilami dominować nad resztą zawartości, może w nadziei, że sam w sobie znajdzie uznanie.
O ile niczego nie można zarzucić reklamie filmu (choć scena “Gentlemen, shall we join the ladies?” niestety została z filmu wycięta), o tyle sam film może być jedynie słabo pogłębionym, dydaktycznym obrazem czasów, które dziś okazują się wcale nie takie minione (Grecja, Włochy!) z płytkim rysem psychologicznym.
Pewne stwierdzenia z filmu skłoniły mnie do sięgnięcia do Maxa Webera – za wiki:
“Polityk musi pokonywać własną próżność, która rodzi nierzeczowość i brak odpowiedzialności. Grzech zaczyna się, gdy dążenie do władzy nie staje się przedmiotem w służbie dobra wspólnego. Polityk, któremu chodzi tylko o sprawowanie władzy i zaspokojenie własnej próżności, będzie zawsze miernotą – nawet gdy odniesie zewnętrzne sukcesy. W polityce nie chodzi bowiem o władzę dla niej samej, ale o władzę w służbie idei. Dla Webera był to warunek polityki uczciwej i odpowiedzialnej: "Polityka jako zawód i powołanie ma sens wówczas, gdy łączy szansę wielkiej nagrody dzięki sukcesom i zapowiedź surowej kary za zawiniony brak sukcesów".”
Margaret Thatcher, cokolwiek o niej powiedzieć, była politykiem idei. Politycy z jakimi mamy do czynienia w naszym i innych europejskich krajach są jedynie glutaminianem sodu, podbijającym nasze podniebienie ułudą prawdziwego smaku.
wtorek, 7 lutego 2012
Róża, Smarzowski, Dorociński, Kulesza
Homo homini…
Najpierw “W ciemności” Agnieszki Holland, potem zupełnie przypadkiem jakiś film o miłości w pełnych okrucieństwa wszelakiego czasach wojny secesyjnej, dziś “Róża” Wojtka Smarzowskiego i zupełnie przypadkiem “Bańka mydlana” Eytana Foxa.
Łączy te filmy truizm, że zwykli ludzie chcą wieść swe żywoty w szczęściu, radości i nieskrępowaniu.
Jednak w każdym z tych filmów ideologia taka lub inna czyni z nich ofiary depcząc ich i ich uczucia.
Z tego przypadkowego grona najbardziej wyróżnia się “W ciemności” swoją nieciekawą jednowymiarowością. “Różę” zaczyna banalny gwałt niemieckich żołdaków, a kończy wyjazd pastora zastąpionego przez katolickiego polskiego księdza.
Dorociński wzrusza honorem mężczyzny, Kulesza powala swą kobiecością. W tle, ale jakże wyraźnym, holocaust rdzennych mieszkańców w imię polityki, walki o wdzięcznych beneficjentów. Otoczenie nie przebiera w środkach, bohaterowie skazani są tylko na siebie. Dziś tylko złudzeniem może być, ze jest inaczej. Nie wierzysz, że sąsiad poderżnie ci gardło dla własnego interesu? Lepiej w to uwierz?
Homo homini lupus est.
Najpierw “W ciemności” Agnieszki Holland, potem zupełnie przypadkiem jakiś film o miłości w pełnych okrucieństwa wszelakiego czasach wojny secesyjnej, dziś “Róża” Wojtka Smarzowskiego i zupełnie przypadkiem “Bańka mydlana” Eytana Foxa.
Łączy te filmy truizm, że zwykli ludzie chcą wieść swe żywoty w szczęściu, radości i nieskrępowaniu.
Jednak w każdym z tych filmów ideologia taka lub inna czyni z nich ofiary depcząc ich i ich uczucia.
Z tego przypadkowego grona najbardziej wyróżnia się “W ciemności” swoją nieciekawą jednowymiarowością. “Różę” zaczyna banalny gwałt niemieckich żołdaków, a kończy wyjazd pastora zastąpionego przez katolickiego polskiego księdza.
Dorociński wzrusza honorem mężczyzny, Kulesza powala swą kobiecością. W tle, ale jakże wyraźnym, holocaust rdzennych mieszkańców w imię polityki, walki o wdzięcznych beneficjentów. Otoczenie nie przebiera w środkach, bohaterowie skazani są tylko na siebie. Dziś tylko złudzeniem może być, ze jest inaczej. Nie wierzysz, że sąsiad poderżnie ci gardło dla własnego interesu? Lepiej w to uwierz?
Homo homini lupus est.
środa, 25 stycznia 2012
Rzeź, Roman Polański
Neandertalczyk w lustrze
Zupełnym przypadkiem okazało się, że w Teatrze Powszechnym w Łodzi można obejrzeć sztukę pod prawie tym samym tytułem. Nie byłem i raczej na moje szczęście.
Znajomi woleli iść na Muppety, inni na nowego Scherlocka. Cóż, “de gustibus…” itd. Reżyseria Polańskiego nie jest największym walorem tego filmu, większe wrażenie robi scenariusz i gra aktorska. Te dwa elementy zdecydowały, że co chwila sięgałem po kolejne chusteczki, żeby wytrzeć oczy, nos, znowu oczy, znowu nos. Śmiałem się podobno aż nazbyt przesadnie. Może to dlatego, że nieco płaskie tłumaczenie nie oddawało wszystkich smaczków tekstu, co miałem przyjemność wychwycić.
Najlepsza jest Jodie Foster (Penelope). Na drugim miejscu postawiłbym Christopha Waltza w roli Alana. Zaskakująco dobra była Kate Winslet (Nancy). Johna C. Reilly (Michael) widzę jako uzupełnienie.
Dwie pary rodziców rozstrzygają konsekwencje pobicia jednej pociechy przez drugą. Sami sobie krzywdy przy tym nie czynią, ale jednak słownie dokonują rzezi, z której żywy nikt nie ma szansy wyjść.
Yasmina Reza jest Francuzką, choć domyślam się pochodzenia bliskowschodniego, i może stąd obserwacja niezwykłych zachowań ludzi zachodniej cywilizacji. Francuski oryginał zapewne różni się od filmu Polańskiego. Nie po to Polański pisał z autorką scenariusz. Rozkoszne jest przyglądanie się jak opadają pełne poprawności politycznej maski przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej. Neandertalczycy załatwiliby to przy pomocy maczug i kamieni, w warstwie słownej, neandertalczykom niedostępnej, jest to o wiele zabawniejsze i mimo rzezi mniej krwawe.
Kapitalne teksy, kapitalna gra aktorska, Muppety mogą się schować.
Zupełnym przypadkiem okazało się, że w Teatrze Powszechnym w Łodzi można obejrzeć sztukę pod prawie tym samym tytułem. Nie byłem i raczej na moje szczęście.
Znajomi woleli iść na Muppety, inni na nowego Scherlocka. Cóż, “de gustibus…” itd. Reżyseria Polańskiego nie jest największym walorem tego filmu, większe wrażenie robi scenariusz i gra aktorska. Te dwa elementy zdecydowały, że co chwila sięgałem po kolejne chusteczki, żeby wytrzeć oczy, nos, znowu oczy, znowu nos. Śmiałem się podobno aż nazbyt przesadnie. Może to dlatego, że nieco płaskie tłumaczenie nie oddawało wszystkich smaczków tekstu, co miałem przyjemność wychwycić.
Najlepsza jest Jodie Foster (Penelope). Na drugim miejscu postawiłbym Christopha Waltza w roli Alana. Zaskakująco dobra była Kate Winslet (Nancy). Johna C. Reilly (Michael) widzę jako uzupełnienie.
Dwie pary rodziców rozstrzygają konsekwencje pobicia jednej pociechy przez drugą. Sami sobie krzywdy przy tym nie czynią, ale jednak słownie dokonują rzezi, z której żywy nikt nie ma szansy wyjść.
Yasmina Reza jest Francuzką, choć domyślam się pochodzenia bliskowschodniego, i może stąd obserwacja niezwykłych zachowań ludzi zachodniej cywilizacji. Francuski oryginał zapewne różni się od filmu Polańskiego. Nie po to Polański pisał z autorką scenariusz. Rozkoszne jest przyglądanie się jak opadają pełne poprawności politycznej maski przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej. Neandertalczycy załatwiliby to przy pomocy maczug i kamieni, w warstwie słownej, neandertalczykom niedostępnej, jest to o wiele zabawniejsze i mimo rzezi mniej krwawe.
Kapitalne teksy, kapitalna gra aktorska, Muppety mogą się schować.
sobota, 21 stycznia 2012
Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł, Antoni Krauze
Zaciskają się pięści
Ta drwina związana z terminem premiery filmu zabolała:

fot. sadistic.pl
Z dużym opóźnieniem obejrzałem ten film. I szkoda, i dobrze. Ja mam świeże porównanie z “W ciemności” Agnieszki Holland, który wypada jeszcze bladziej.
Dla mnie samego wydarzenia z 1970 roku to historia prawie nieznana. Film miał dla mnie znaczenie edukacyjne, a i w warstwie filmowej jest dobry. Patrzyłem na kostiumy i scenografie, które znam z autopsji. Byłem nawet w stanie wyłapać błędy (bloki z fabryk domów z pierwszych scen filmu zaczęły powstawać kilka lat po 1970 roku, widać wstawione okna plastikowe, których wtedy jako żywo nie było).
Punktem wyjścia opowieści jest życie Brunona Drywy (Michał Kowalski), jego rodziny i znajomych. Zwykły szary obywatel niezaangażowany w ferment społeczny jaki powstał, a nawet całkiem go nieświadom, staje się ofiarą. Ofiarą zwykłą, niewnoszącą, przypadkową, a przez to tym bardziej dramatyczną. Film cierpi na podarte i niedokończone wątki, ale dzięki temu rośnie jego dramaturgia, a fabularnie uwypuklony jest chaos i brak jasnej oceny sytuacji wszystkich bohaterów. Przy dwóch ckliwych, ale życiowych scenach musiałem ocierać łzy.
Bardzo mi się podobało, że dla scen z życia zwykłych ludzi dobrani aktorzy nie są znani z seriali, dzięki czemu nie widać zbanalizowanych i oklepanych twarzy. Dla odmiany przedstawiciele “władzy” to aktorzy starsi, bardzo znani, ale też nie wyświechtani serialowym dorobkiewiczostwem.
Nie pasowały mi sceny z dyskusji członków “władzy”. Pokazują one cynizm “władzy”, jednak przez to są nazbyt dydaktyczne. Przypominałem sobie nazwiska tych ludzi, nigdy nie osądzonych za swoje zbrodnie. Młodszym nazwiska Gomułka, Kliszko, Moczar, Olszowski, Tejchma, Cyrankiewicz niewiele mówią. To też nie moje czasy, ale gdy słyszę te ohydne nazwiska zaciskają mi się pięści.
Nie widziałeś? Zobacz koniecznie.
Ta drwina związana z terminem premiery filmu zabolała:
fot. sadistic.pl
Z dużym opóźnieniem obejrzałem ten film. I szkoda, i dobrze. Ja mam świeże porównanie z “W ciemności” Agnieszki Holland, który wypada jeszcze bladziej.
Dla mnie samego wydarzenia z 1970 roku to historia prawie nieznana. Film miał dla mnie znaczenie edukacyjne, a i w warstwie filmowej jest dobry. Patrzyłem na kostiumy i scenografie, które znam z autopsji. Byłem nawet w stanie wyłapać błędy (bloki z fabryk domów z pierwszych scen filmu zaczęły powstawać kilka lat po 1970 roku, widać wstawione okna plastikowe, których wtedy jako żywo nie było).
Punktem wyjścia opowieści jest życie Brunona Drywy (Michał Kowalski), jego rodziny i znajomych. Zwykły szary obywatel niezaangażowany w ferment społeczny jaki powstał, a nawet całkiem go nieświadom, staje się ofiarą. Ofiarą zwykłą, niewnoszącą, przypadkową, a przez to tym bardziej dramatyczną. Film cierpi na podarte i niedokończone wątki, ale dzięki temu rośnie jego dramaturgia, a fabularnie uwypuklony jest chaos i brak jasnej oceny sytuacji wszystkich bohaterów. Przy dwóch ckliwych, ale życiowych scenach musiałem ocierać łzy.
Bardzo mi się podobało, że dla scen z życia zwykłych ludzi dobrani aktorzy nie są znani z seriali, dzięki czemu nie widać zbanalizowanych i oklepanych twarzy. Dla odmiany przedstawiciele “władzy” to aktorzy starsi, bardzo znani, ale też nie wyświechtani serialowym dorobkiewiczostwem.
Nie pasowały mi sceny z dyskusji członków “władzy”. Pokazują one cynizm “władzy”, jednak przez to są nazbyt dydaktyczne. Przypominałem sobie nazwiska tych ludzi, nigdy nie osądzonych za swoje zbrodnie. Młodszym nazwiska Gomułka, Kliszko, Moczar, Olszowski, Tejchma, Cyrankiewicz niewiele mówią. To też nie moje czasy, ale gdy słyszę te ohydne nazwiska zaciskają mi się pięści.
Nie widziałeś? Zobacz koniecznie.
niedziela, 15 stycznia 2012
W ciemności, Holland, Więckiewicz, …
Instynkt samozachowawczy… a wola życia
Nastrój miałem zły, więc akurat ten film nie był najlepszym na to lekarstwem. Ale akurat grali, a ja nie miałem się gdzie podziać ze swoimi emocjami.
Opowieść jest prosta. Leopold Socha (Robert Więckiewicz) wiedziony nadzieją łatwego zysku ratuje grupę Żydów uciekających z getta w czasie jego likwidacji – piszę beznamiętnie o “likwidacji getta” jak autor “Łaskawych”, a chodzi oczywiście o likwidację ludzi, jego mieszkańców, czyli ludzi, choć Żydów. Oni miesiącami opłacają swoją marną egzystencję w kanałach licząc na przetrwanie. On zaczyna się zmieniać, staje się za nich odpowiedzialny, podejmuje za nich racjonalne decyzje, a gdy następuje uwolnienie radośnie obwieszcza, że to jego Żydzi, on ich uratował.
Gra Więckiewicza perfekcyjna. Występuje wszędzie i jest tego wart, robi się z niego Nicolas Cage polskiego kina, lecz o talentach, o których Cage może tylko pomarzyć.
Totalnym wzruszeniem było dla mnie pojawienie się Marii Schrader, niezapomnianej Felice z “Aimee i Jaguar” – ile ja się spłakałem na tym filmie!
Za zdjęcia kasę wzięła Jolanta Dylewska i warta jest każdych pieniędzy.
Film zaczyna się naturalnym u większości ludzi, a przynajmniej tych potrafiących rozpoznać niebezpieczeństwo, instynktem samozachowawczym, co w wymiarze zdarzeń filmu oznacza ucieczkę. Potem jednak następują ciągnące się zdarzenia, które śmiało można zatytułować “Żydzi na Dzikim Kanale”. W czasie seansu miałem kilkakrotnie ochotę wyjść, takie to było nudno-przewidywalne w tej kanałowej scenografii .
Nie wiem, czy to słabość scenariusza na podstawie książki Roberta Marshalla “In the Sewers of Lvov” (moje tłumaczenie “W kanałach Lwowa”), czy niedyspozycja reżyserki, ale nie zobaczyłem tego, czego się spodziewałbym po filmie niby godnym Oscara.
Jedyne, co mi pozostało, i może pozostanie w pamięci po tym filmie, to wola życia, wola przetrwania w sumie drugoplanowych postaci. Dla mnie niewiarygodne jest, że ich wola życia była tak silna mimo upływających miesięcy. Ja poddałbym się szybko; jakoś to wiem. Normalne życie niesie ze sobą wiele przykrości i upokorzeń, a co dopiero życie w oparach gówna. Może marzyłbym o zapachu świeżego powietrza, o spełnieniu marzeń sprzed ucieczki, ale czy cena nie jest zbyt wysoka? Może zamiast tego upodlenia lepiej zdusić instynkt samozachowawczy, zgasić wolę przetrwania w odrzucanym ze wstrętem otoczeniu i za jeden oddech świeżego powietrza, krótkiej wolności, oddać życie.
Wolałbym, żeby ten film był właśnie o tym. A tak, był o niczym. Przynajmniej dla mnie.
Nastrój miałem zły, więc akurat ten film nie był najlepszym na to lekarstwem. Ale akurat grali, a ja nie miałem się gdzie podziać ze swoimi emocjami.
Opowieść jest prosta. Leopold Socha (Robert Więckiewicz) wiedziony nadzieją łatwego zysku ratuje grupę Żydów uciekających z getta w czasie jego likwidacji – piszę beznamiętnie o “likwidacji getta” jak autor “Łaskawych”, a chodzi oczywiście o likwidację ludzi, jego mieszkańców, czyli ludzi, choć Żydów. Oni miesiącami opłacają swoją marną egzystencję w kanałach licząc na przetrwanie. On zaczyna się zmieniać, staje się za nich odpowiedzialny, podejmuje za nich racjonalne decyzje, a gdy następuje uwolnienie radośnie obwieszcza, że to jego Żydzi, on ich uratował.
Gra Więckiewicza perfekcyjna. Występuje wszędzie i jest tego wart, robi się z niego Nicolas Cage polskiego kina, lecz o talentach, o których Cage może tylko pomarzyć.
Totalnym wzruszeniem było dla mnie pojawienie się Marii Schrader, niezapomnianej Felice z “Aimee i Jaguar” – ile ja się spłakałem na tym filmie!
Za zdjęcia kasę wzięła Jolanta Dylewska i warta jest każdych pieniędzy.
Film zaczyna się naturalnym u większości ludzi, a przynajmniej tych potrafiących rozpoznać niebezpieczeństwo, instynktem samozachowawczym, co w wymiarze zdarzeń filmu oznacza ucieczkę. Potem jednak następują ciągnące się zdarzenia, które śmiało można zatytułować “Żydzi na Dzikim Kanale”. W czasie seansu miałem kilkakrotnie ochotę wyjść, takie to było nudno-przewidywalne w tej kanałowej scenografii .
Nie wiem, czy to słabość scenariusza na podstawie książki Roberta Marshalla “In the Sewers of Lvov” (moje tłumaczenie “W kanałach Lwowa”), czy niedyspozycja reżyserki, ale nie zobaczyłem tego, czego się spodziewałbym po filmie niby godnym Oscara.
Jedyne, co mi pozostało, i może pozostanie w pamięci po tym filmie, to wola życia, wola przetrwania w sumie drugoplanowych postaci. Dla mnie niewiarygodne jest, że ich wola życia była tak silna mimo upływających miesięcy. Ja poddałbym się szybko; jakoś to wiem. Normalne życie niesie ze sobą wiele przykrości i upokorzeń, a co dopiero życie w oparach gówna. Może marzyłbym o zapachu świeżego powietrza, o spełnieniu marzeń sprzed ucieczki, ale czy cena nie jest zbyt wysoka? Może zamiast tego upodlenia lepiej zdusić instynkt samozachowawczy, zgasić wolę przetrwania w odrzucanym ze wstrętem otoczeniu i za jeden oddech świeżego powietrza, krótkiej wolności, oddać życie.
Wolałbym, żeby ten film był właśnie o tym. A tak, był o niczym. Przynajmniej dla mnie.
czwartek, 12 stycznia 2012
Obslugiwalem angielskiego króla, TVP2
Obsluhoval jsem anglického krále
Zaczyna się od pieniędzy. Czegoś zupełnie irracjonalnego, szeleszczącego papieru lub brzęczącego metalu, tak wartościowego dla wielu ludzi. Zaraz potem wchodzimy w seks. Podnieta to naturalna, wrodzona i z racji potrzeby przedłużenia gatunku, tak niezrozumiałej dla osób orientacji odmiennej, niezwykle pożądana. Autor nie rozumiał jednak ekonomii i nie poszedł tropem
1) pieniądze + seks = emerytura
2) emerytura / seks = 0 (zero)
3) seks * seks = HIV
4) emerytura – pieniądze = 0 (zero)
5) pieniądze^2 = rozpusta
A dalej dar, dar obserwacji ludzi. Młody jestem, ale już teraz wiele mógłbym o ludziach powiedzieć. Bo ludzie są prości jak konstrukcja cepa. Wystarczy ich obserwować, ba, sami wszystko wyłuszczą, jak na tym blogu wszyscy moi mili, co ostatnio miejsce miało.
Zabawne, że:
1) i 4) daje:
seks = 0 (zero)
co czyni działanie 2) niemożliwym.
Taniec kelnerów i dań oraz białych nażartych ludzi wśród ludzi kolorystyki odmiennej – bezcenne.
Przeszłość - zestaw memów: pojęcie zaczerpnięte od naczelnego, acz samozwańczego intelektualisty,będącego obecnie w zawieszeniu formalno-płciowym.
I w tym momencie przechodzimy do dominacji. Wiary w lepszość jednych nad drugimi i niepewnej opozycji tych ostatnich. Bo czy bycie zdominowanym nie jest miłe? O korzyściach z tego wynikających nie wspominając.
Spędziłem w Pradze tydzień, choć pracowałem z narodowościami raczej wszelkimi innymi. NIE! Czesi, to nie ci, którzy tworzą czeską kulturę. Wyrośli w tym otoczeniu, ale w kontaktach ze zwykłymi Czechami tego nie ma. Jest dystans, ale nie to, co ich kultura potrafi pokazać na zewnątrz. To przywara jednostek.
I znowu seks. Zapłodnienie jako funkcja cywilizacyjna…
Może trochę bredzę, ale pogrążam się w filmowym absurdzie.
Puk, puk, puk,: zapładniamy wiarę i napęd. A napędzeni rzucamy się w wir namiętności narodowo-socjalistycznej. Brrr! To takie passe. Mem wyklęty, eunuch doświadczenia.
Aż odzywają się nożyce. Są równie pożądane, jak rozpad wiary w to, co jest sprzedajną ułudą na odpustowym targowisku. I wtedy brutalna rzeczywistość, powszechna i wszechrozumiejąca, acz zapatrzona w siebie zamienia rzeczywistość w bajkę.
Bo dobre piwo, pieni się najlepiej… a nie?!
Wiem, poleciałem. Ale ile miałem z tego przyjemności, to Słowacji nie starczy.
Zaczyna się od pieniędzy. Czegoś zupełnie irracjonalnego, szeleszczącego papieru lub brzęczącego metalu, tak wartościowego dla wielu ludzi. Zaraz potem wchodzimy w seks. Podnieta to naturalna, wrodzona i z racji potrzeby przedłużenia gatunku, tak niezrozumiałej dla osób orientacji odmiennej, niezwykle pożądana. Autor nie rozumiał jednak ekonomii i nie poszedł tropem
1) pieniądze + seks = emerytura
2) emerytura / seks = 0 (zero)
3) seks * seks = HIV
4) emerytura – pieniądze = 0 (zero)
5) pieniądze^2 = rozpusta
A dalej dar, dar obserwacji ludzi. Młody jestem, ale już teraz wiele mógłbym o ludziach powiedzieć. Bo ludzie są prości jak konstrukcja cepa. Wystarczy ich obserwować, ba, sami wszystko wyłuszczą, jak na tym blogu wszyscy moi mili, co ostatnio miejsce miało.
Zabawne, że:
1) i 4) daje:
seks = 0 (zero)
co czyni działanie 2) niemożliwym.
Taniec kelnerów i dań oraz białych nażartych ludzi wśród ludzi kolorystyki odmiennej – bezcenne.
Przeszłość - zestaw memów: pojęcie zaczerpnięte od naczelnego, acz samozwańczego intelektualisty,będącego obecnie w zawieszeniu formalno-płciowym.
I w tym momencie przechodzimy do dominacji. Wiary w lepszość jednych nad drugimi i niepewnej opozycji tych ostatnich. Bo czy bycie zdominowanym nie jest miłe? O korzyściach z tego wynikających nie wspominając.
Spędziłem w Pradze tydzień, choć pracowałem z narodowościami raczej wszelkimi innymi. NIE! Czesi, to nie ci, którzy tworzą czeską kulturę. Wyrośli w tym otoczeniu, ale w kontaktach ze zwykłymi Czechami tego nie ma. Jest dystans, ale nie to, co ich kultura potrafi pokazać na zewnątrz. To przywara jednostek.
I znowu seks. Zapłodnienie jako funkcja cywilizacyjna…
Może trochę bredzę, ale pogrążam się w filmowym absurdzie.
Puk, puk, puk,: zapładniamy wiarę i napęd. A napędzeni rzucamy się w wir namiętności narodowo-socjalistycznej. Brrr! To takie passe. Mem wyklęty, eunuch doświadczenia.
Aż odzywają się nożyce. Są równie pożądane, jak rozpad wiary w to, co jest sprzedajną ułudą na odpustowym targowisku. I wtedy brutalna rzeczywistość, powszechna i wszechrozumiejąca, acz zapatrzona w siebie zamienia rzeczywistość w bajkę.
Bo dobre piwo, pieni się najlepiej… a nie?!
Wiem, poleciałem. Ale ile miałem z tego przyjemności, to Słowacji nie starczy.
środa, 14 grudnia 2011
Wyścig z czasem, Justin Timberlake
System
Obejrzałem ten gniot. Z trudem. Justina z łóżka bym nie wygonił, ale talentu aktorskiego nie ma za grosz. Koncept filmu: starzenie zatrzymuje się w wieku 25 lat (dzięki czemu nawet teściowa wygląda jak koleżanka), walutą jest czas na dalsze życie. Gdyby nie banalny scenariusz może i dałoby się z tego zrobić coś ciekawego.
Bohater rozpoczyna walkę z systemem. Jest on niezrozumiały dla widza, a bohaterowie raczej udają, że coś z tego łapią: system kryje się w coraz większych budynkach.
Dziś właśnie posłuchałem chwilę wypowiedzi na forum Parlamentu Europejskiego. Wrażenie mam takie, że instytucje demokratyczne, narodowe i ponadnarodowe też już się gubią w matriksie w jakim żyjemy. Wychodzi, że światem rządzą instytucje finansowe. Nie wiadomo jednak, kto się za nimi kryje i jaki jest ich cel. Z jednej strony mówi się o ich sile, a z drugiej ciągle trzeba je ratować. Nierówności rosną – szokiem była dla mnie informacja, że 1% mieszkańców USA posiada więcej niż pozostałe 99% razem wzięte! Czy w Europie jest podobnie?
Ciekaw jestem na ile instytucje demokratyczne są dziś rzeczywiście demokratyczne, a na ile sterowane przez siły, których nie rozumiemy. Czy może, jak w Matriksie, żyjemy ułudą danego nam sztafażu, wiedząc , że coś jest nie tak, ale w strachu, że zmiana status quo zaprowadzi nas w nieznane? Bunt pojawia się w filmach, bunt sięgnął też już ulic. Walka toczy się z wielogłowym smokiem, którego nikt nie widział, a do tego z oczami zasłoniętymi szczelną opaską. Quo vadis cywilizacjo?
Obejrzałem ten gniot. Z trudem. Justina z łóżka bym nie wygonił, ale talentu aktorskiego nie ma za grosz. Koncept filmu: starzenie zatrzymuje się w wieku 25 lat (dzięki czemu nawet teściowa wygląda jak koleżanka), walutą jest czas na dalsze życie. Gdyby nie banalny scenariusz może i dałoby się z tego zrobić coś ciekawego.
Bohater rozpoczyna walkę z systemem. Jest on niezrozumiały dla widza, a bohaterowie raczej udają, że coś z tego łapią: system kryje się w coraz większych budynkach.
Dziś właśnie posłuchałem chwilę wypowiedzi na forum Parlamentu Europejskiego. Wrażenie mam takie, że instytucje demokratyczne, narodowe i ponadnarodowe też już się gubią w matriksie w jakim żyjemy. Wychodzi, że światem rządzą instytucje finansowe. Nie wiadomo jednak, kto się za nimi kryje i jaki jest ich cel. Z jednej strony mówi się o ich sile, a z drugiej ciągle trzeba je ratować. Nierówności rosną – szokiem była dla mnie informacja, że 1% mieszkańców USA posiada więcej niż pozostałe 99% razem wzięte! Czy w Europie jest podobnie?
Ciekaw jestem na ile instytucje demokratyczne są dziś rzeczywiście demokratyczne, a na ile sterowane przez siły, których nie rozumiemy. Czy może, jak w Matriksie, żyjemy ułudą danego nam sztafażu, wiedząc , że coś jest nie tak, ale w strachu, że zmiana status quo zaprowadzi nas w nieznane? Bunt pojawia się w filmach, bunt sięgnął też już ulic. Walka toczy się z wielogłowym smokiem, którego nikt nie widział, a do tego z oczami zasłoniętymi szczelną opaską. Quo vadis cywilizacjo?
niedziela, 20 listopada 2011
Slużące, Tate Taylor, Viola Davis
Czarno na białym
Film o segregacji rasowej w USA lat sześćdziesiątych. Jakżeż to niedawno ten wzór demokracji roszczący dziś sobie prawo do pouczania innych tkwił w okowach ciemnoty. Kobiety są na pierwszym planie; kobiety służące i kobiety pracodawczynie. Niby po przeciwnych stronach barykady, ale jednocześnie służące są wprowadzone w najintymniejsze sprawy swoich pracodawczyń. Służącą można pomiatać, jednak liczba haków, jakie służba może zebrać potrafi być druzgocąca. No i trzeba uważać, czym może nakarmić.
Film bardzo przyjemny, świetnie zagrany. Wart obejrzenia, jeśli pojawi się w telewizji.
Film o segregacji rasowej w USA lat sześćdziesiątych. Jakżeż to niedawno ten wzór demokracji roszczący dziś sobie prawo do pouczania innych tkwił w okowach ciemnoty. Kobiety są na pierwszym planie; kobiety służące i kobiety pracodawczynie. Niby po przeciwnych stronach barykady, ale jednocześnie służące są wprowadzone w najintymniejsze sprawy swoich pracodawczyń. Służącą można pomiatać, jednak liczba haków, jakie służba może zebrać potrafi być druzgocąca. No i trzeba uważać, czym może nakarmić.
Film bardzo przyjemny, świetnie zagrany. Wart obejrzenia, jeśli pojawi się w telewizji.
wtorek, 15 listopada 2011
Listy do M., Stuhr, Karolak, Malaszyński, Adamczyk, Wagner, Bujakiewicz
Ckliwie, ale z mocnym akcentem na “G”
W kinie tłum. Odkąd Multikino obniżyło ceny na bilety trudno się tam dopchać. Bilety trzeba rezerwować przynajmniej dzień wcześniej, żeby zająć dobre miejsca. Dlaczego Jakiś mnie zaciągnął na ten film? Nie wiem. Może potrzebował trochę romantyzmu.
Kto nie chce poznać fabuły, niech dalej nie czyta.
W filmie cała gama postaci. Radiowiec samotnie wychowujący syna i nie znajdujący nikogo, kto zastąpi zmarłą żonę. Casanova używający życia i niezainteresowany założeniem rodziny. Szefowa suchym życiem zagłuszająca ból po stracie dziecka. Hostessa, która straciła nadzieję na poznanie faceta życia, policyjny negocjator na skraju załamania, z rodziną w stanie rozpadu i wreszcie szef agencji naciskany przez rodziców, by wreszcie przedstawił im swoją dziewczynę. Do tego troje dzieci, jeden noworodek i postaci epizodyczne.
Film jest przede wszystkim ckliwy. Mocno bazuje na wigilijnym sentymencie plus wzruszające dzieci. Jest trochę humorystycznych gagów (radiowiec rzuca śnieżkę i jakby strzałą Amora trafia w nieprzewidującą niczego hostessę) i tekstów (“kurwa mać” w wersji dla dzieci brzmi “urwał nać”).
Tytuł z czapy, bo tytułowe listy jakoś się nie pojawiły.
Jakiś otarł łzy, ja też, trochę się pośmialiśmy. Za rok pewno będzie można zobaczyć ten film na TVN.
Radiowiec skuma się z hostessą, Casanova odwiedzi dziewczynę której spłodził dzieciaka, szefowa wzruszy się sierotą, a negocjator spędzi święta w okolicznościach niezwykłych, ale spajających rodzinę. Wątek jednego dziecka pozostanie bez zakończenia, ale kto powiedział, że dzieci z rodzin patologicznych są nieszczęśliwe.
Ale jeszcze szef agencji! Otóż szef agencji wreszcie przedstawi rodzicom i rodzinie swojego chłopaka. Politycznie poprawne, ale bomba. Wyszło bardzo naturalnie, bez żadnego przegięcia, rzec można: wzorcowo. Do tego ten szept matki do syna “Ale przystojniak”. O dziwo Jakiś nie wyczuł, co się wydarzy, ja trafiłem. Publiczność scenę przyjęła życzliwie.
I tak to nachalna gejowska propaganda coraz bardziej wciska się w mainstream. Ku chwale ojczyzny!
W kinie tłum. Odkąd Multikino obniżyło ceny na bilety trudno się tam dopchać. Bilety trzeba rezerwować przynajmniej dzień wcześniej, żeby zająć dobre miejsca. Dlaczego Jakiś mnie zaciągnął na ten film? Nie wiem. Może potrzebował trochę romantyzmu.
Kto nie chce poznać fabuły, niech dalej nie czyta.
W filmie cała gama postaci. Radiowiec samotnie wychowujący syna i nie znajdujący nikogo, kto zastąpi zmarłą żonę. Casanova używający życia i niezainteresowany założeniem rodziny. Szefowa suchym życiem zagłuszająca ból po stracie dziecka. Hostessa, która straciła nadzieję na poznanie faceta życia, policyjny negocjator na skraju załamania, z rodziną w stanie rozpadu i wreszcie szef agencji naciskany przez rodziców, by wreszcie przedstawił im swoją dziewczynę. Do tego troje dzieci, jeden noworodek i postaci epizodyczne.
Film jest przede wszystkim ckliwy. Mocno bazuje na wigilijnym sentymencie plus wzruszające dzieci. Jest trochę humorystycznych gagów (radiowiec rzuca śnieżkę i jakby strzałą Amora trafia w nieprzewidującą niczego hostessę) i tekstów (“kurwa mać” w wersji dla dzieci brzmi “urwał nać”).
Tytuł z czapy, bo tytułowe listy jakoś się nie pojawiły.
Jakiś otarł łzy, ja też, trochę się pośmialiśmy. Za rok pewno będzie można zobaczyć ten film na TVN.
Radiowiec skuma się z hostessą, Casanova odwiedzi dziewczynę której spłodził dzieciaka, szefowa wzruszy się sierotą, a negocjator spędzi święta w okolicznościach niezwykłych, ale spajających rodzinę. Wątek jednego dziecka pozostanie bez zakończenia, ale kto powiedział, że dzieci z rodzin patologicznych są nieszczęśliwe.
Ale jeszcze szef agencji! Otóż szef agencji wreszcie przedstawi rodzicom i rodzinie swojego chłopaka. Politycznie poprawne, ale bomba. Wyszło bardzo naturalnie, bez żadnego przegięcia, rzec można: wzorcowo. Do tego ten szept matki do syna “Ale przystojniak”. O dziwo Jakiś nie wyczuł, co się wydarzy, ja trafiłem. Publiczność scenę przyjęła życzliwie.
I tak to nachalna gejowska propaganda coraz bardziej wciska się w mainstream. Ku chwale ojczyzny!
wtorek, 18 października 2011
Baby są jakieś inne, Marek Koterski
Kobiety dowalają facetom
Ubawiłem się, jak usłyszałem tego fajansiarza Leszka Millera z poważną miną zaznaczającego, ze lewica już dawno protestowała przeciwko obecności dwóch skrzyżowanych belek w sali posiedzeń Sejmu. Ach joj, jaka ta lewica waleczna, a ludzie tak nie doceniają tych podstarzałych brzuchaczy.
A my z Jakisiem w Multikinie na Twarzowym Ftorku. Śmiesznie, bo studenciaki za ulgowy bilet płacili 14 zeta, a my emeryci za 13 zeta.
Film tani aż do bólu. Cała rzecz dzieje się w samochodzie jadącym na lawecie, co niestety widać. Dialog dwóch dojrzałych, acz prostych facetów o kobietach śmieszny i celny, ale jednak trochę monotonny. Perfekcyjny jest Robert Więckiewicz, Adam Woronowicz trochę mniej. Panowie omawiają damskie torebki, kobiety-kierowców, kobiety w toalecie (mało estetyzujące), kobiety żądające równouprawnienia, kobiety odsuwające męża i zakochane w dziecku i siebie w tym płciowym sosie, w którego przepisie są coraz bardziej marginalizowani.
Co robić, żeby kobieta krzyczała jeszcze długo po orgazmie?
Wytrzeć chuja w firankę!
Nie spróbuję, ale tyle z filmu zapamiętam. Do obejrzenia w kinie lub przy okazji.
Ubawiłem się, jak usłyszałem tego fajansiarza Leszka Millera z poważną miną zaznaczającego, ze lewica już dawno protestowała przeciwko obecności dwóch skrzyżowanych belek w sali posiedzeń Sejmu. Ach joj, jaka ta lewica waleczna, a ludzie tak nie doceniają tych podstarzałych brzuchaczy.
A my z Jakisiem w Multikinie na Twarzowym Ftorku. Śmiesznie, bo studenciaki za ulgowy bilet płacili 14 zeta, a my emeryci za 13 zeta.
Film tani aż do bólu. Cała rzecz dzieje się w samochodzie jadącym na lawecie, co niestety widać. Dialog dwóch dojrzałych, acz prostych facetów o kobietach śmieszny i celny, ale jednak trochę monotonny. Perfekcyjny jest Robert Więckiewicz, Adam Woronowicz trochę mniej. Panowie omawiają damskie torebki, kobiety-kierowców, kobiety w toalecie (mało estetyzujące), kobiety żądające równouprawnienia, kobiety odsuwające męża i zakochane w dziecku i siebie w tym płciowym sosie, w którego przepisie są coraz bardziej marginalizowani.
Co robić, żeby kobieta krzyczała jeszcze długo po orgazmie?
Wytrzeć chuja w firankę!
Nie spróbuję, ale tyle z filmu zapamiętam. Do obejrzenia w kinie lub przy okazji.
wtorek, 20 września 2011
Pedro Almodovar, Skóra, w której żyję
Jeszcze nie byliście? Koniecznie… nie idźcie!
Nuda, banał i uczucie dobrze, choć niekoniecznie efektywnie wysiedzianej dupy.
Nie będę się pastwił nad tą nieudaną produkcją, może Pedro się wypalił, a wszyscy nadal mu wmawiają, że jest boski i on sam w to uwierzył.
Nuda, banał i uczucie dobrze, choć niekoniecznie efektywnie wysiedzianej dupy.
Nie będę się pastwił nad tą nieudaną produkcją, może Pedro się wypalił, a wszyscy nadal mu wmawiają, że jest boski i on sam w to uwierzył.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Cinema Mundi, Claudia Cardinale
Homo-kino bezpłatnie
Z Łodzi wybył Camerimage i to wolne miejsce wypełnił festiwal Philips Cinema Mundi im. Zygmunta Kałużyńskiego. Twarzą festiwalu jest Tomasz Raczek, a atrakcją została Claudia Cardinale. Intencją festiwalu jest przyznanie nagrody dla najlepszego krytyka filmowego. W ramach festiwalu (cytuję) „będziemy mogli spotkać wybitne postacie światowego kina: reżyserów, aktorów, operatorów, krytyków filmowych prezentujących własne dokonania lub uświetniających swoją obecnością prezentowane produkcje filmowe” oraz obejrzeć „40 najlepszych nieanglojęzycznych filmów fabularnych 2010 roku, nominowanych do Oscara”, co ważne bezpłatnie.
Cyrku objazdowego z udziałem CC nie widziałem. Filmów było 35 (choć zależy jak liczyć, „Nóż w wodzie”, „Panny z wilka”, „Człowiek z żelaza” czy „Lampart” z 2010 roku nie są). I tak sporo. Filmy były wyświetlane w kinach Cytryna, Bałtyk, Silver Screen oraz w Muzeum Kinematografii. Niestety różne filmy wyświetlane były jednocześnie więc trzeba było dokonać wyboru.
Obejrzałem tylko dwa: „Nić” („Le fil”) i „Zabiłem moją matkę” („J'ai tué ma mère”) oba z 2009, ale może premiery miały w 2010. Scenariusz jest kompletnie z czapy, romans Tunezyjczyka z nizin, który do Tunezji powrócił z pół-Tunezyjczykiem z wyżyn. Niestety, film mnie nie porwał.
Za to drugi był świetny. Ponarzekam jedynie, że o dobre 15 minut za długi. Jest to debiut Xaviera Dolana (rocznik 1989 !!!), do którego napisał scenariusz, wyreżyserował, sam zagrał główną rolę, a nawet był sobie producentem. Film jest autobiograficzny i coming-outowy, choć homoseksualizm głównego bohatera jest wątkiem całkowicie pobocznym. W sumie tak właśnie powinno być, to ciągłe walenie pedalstwem po oczach robi się już trochę nudne. Kolejny film Dolana „Wyśnione miłości” („Les Amours imaginaires”) jest podobno jeszcze lepszy.
piątek, 1 kwietnia 2011
Poznasz przystojnego bruneta, Woody Allen, Anthony Hopkins, Antonio Banderas
Lepsze wrogiem dobrego
Jakoś do kina nie zaglądałem ostatnio, to zaprosiłem Jakisia na ostatni film Woody Allena „Poznasz przystojnego bruneta” („You Will Meet a Tall Dark Stranger”).
Nie wiem czemu z polskiego tytułu wywalili „wysokiego” (tall). Nie każdy brunet jest przecież wysoki, a jeśli jest, to tym bardziej jest pożądany, n'est-ce pas? A propos pożądany, wszyscy bohaterowie pożądają czegoś nowego, odmiennego od tego, co już mają. Anthony Hopkins znajduje jurną samicę, która ma mu dać syna; jego porzucona była żona Gemma Jones ze strachu przed samotną starością oraz w totalnej naiwności i nadziei oddaje się w ręce wróżki-szarlatanki; ich córka Naomi Watts znajduje swój ideał successful mana w osobie Antonio Banderasa, a jej mąż Josh Brolin wreszcie trafia na swoją muzę - Freidę Pinto.
W tle miałem nadzieję pooglądać znajome miejsca z Londynu, ale się zawiodłem. Dużą natomiast przyjemność sprawiało mi słuchanie brytyjskiego akcentu bohaterów, w tym Hopkinsa. Film jest Allenowski do bólu, ale też po to właśnie na Woody'ego Allena się chodzi. Jego świetne teksty dodają smaku. I tym razem jest to smak bardzo gorzki.
Nowe wybory bohaterów przyniosły tylko nowe rozczarowania. O wiele głębsze od dotychczasowych, bo wiązali z nimi znacznie większe nadzieje. Co więcej, nie da się już cofnąć czasu i wrócić w stare koleiny; żona Hopkinsa na jego propozycję powrotu do siebie mówi „I've moved on!”. I tylko ona porzucona, ze swoją naiwną wiarą wychodzi z tej bitwy obronną ręką. Wstrząsająca jest jej rozmowa z córką, gdy córka chce od matki pieniędzy, a matka odmawia zasłaniając się dobrem ich wszystkich oraz układem planet.
Jeśli jest dobrze, chcemy by było jeszcze lepiej. Truizm, stanowiący istotę człowieka, który sam sobie gotów jest wyrządzić krzywdę w imię marzeń o lepszym.
środa, 23 lutego 2011
Jak zostać królem, Colin Firth
Much ado about nothing
Oryginalny tytuł brzmi "King's speech", czyli "Królewska mowa/przemówienie". Polski tytuł sugeruje, że by być królem trzeba umieć przemawiać, a przynajmniej mówić. Film opisuje anegdotkę związaną z brytyjskim królem Jerzym VI. Mimo koszmarnego jąkania się potrafił się zebrać w sobie i dzięki wsparciu domorosłego logopedy, który stał się jego przyjacielem, zagrzewał Brytyjczyków do wytrwałości w najgorszych dla nich momentach II wojny światowej.
Colin Firth gra Colinem Firthem i bardzo to pasuje do tej roli. Ciekawa jest postać jego żony Elizabeth Bowes-Lyon (przyszłej królowej matki, a może Królowej Matki) granej przez Helenę Bonham Carter. Aktorka świetnie oddała styl ulubienicy Brytyjczyków. Film jest kameralny, skromny, wypełniony wysublimowanym dowcipem. Jednak powodów do obsypywania go Oscarami zupełnie nie widzę, nawet jeśli do obejrzenia zachęcam.
Oryginalny tytuł brzmi "King's speech", czyli "Królewska mowa/przemówienie". Polski tytuł sugeruje, że by być królem trzeba umieć przemawiać, a przynajmniej mówić. Film opisuje anegdotkę związaną z brytyjskim królem Jerzym VI. Mimo koszmarnego jąkania się potrafił się zebrać w sobie i dzięki wsparciu domorosłego logopedy, który stał się jego przyjacielem, zagrzewał Brytyjczyków do wytrwałości w najgorszych dla nich momentach II wojny światowej.
Colin Firth gra Colinem Firthem i bardzo to pasuje do tej roli. Ciekawa jest postać jego żony Elizabeth Bowes-Lyon (przyszłej królowej matki, a może Królowej Matki) granej przez Helenę Bonham Carter. Aktorka świetnie oddała styl ulubienicy Brytyjczyków. Film jest kameralny, skromny, wypełniony wysublimowanym dowcipem. Jednak powodów do obsypywania go Oscarami zupełnie nie widzę, nawet jeśli do obejrzenia zachęcam.
piątek, 4 lutego 2011
Dominika Kluźniak w „Jak pozbyć się cellulitu?” Andrzeja Saramonowicza
Spacerek z trzema peniskami
Rankiem mieliśmy iść na „Jak zostać królem”, ale Jakiś pomylił godziny. Najbliższym seansem był „Jak pozbyć się cellulitu?”. Komedia… polska… reżysera „Testosteronu”… wszystko przemawiało za tym, żeby na ten film nie iść. Ale uległem i poszedłem (torba?).
Już na początku seansu powiedziałem Jakisiowi, że mam nadzieję, że choć raz się uśmiechnę.
Ów początek był absurdalny, a potem absurd rósł. Trzy bohaterki filmu zachowują się irracjonalnie. Pozornie nic się nie trzyma kupy. I zabawa jest taka, że łzy ciekły mi z oczu. Teksty są takie, że nawet „Seksmisja” wysiada. Wizja uwięzionych i skutych kilku przystojniaków w opaskach na biodrach jest bardzo nęcąca. Upalone ziołem albo skórkami bananowymi (?!) bohaterki są przezabawne. Dominika Kluźniak ma niesamowity vis comica, a w teatrze gra role Dostojewskiego! Jej mina plus kwestia i zwijałem się ze śmiechu w fotelu. Niestety tak mniej więcej po ¾ filmu dowcip gaśnie, fabuła się rozjeżdża i film kończy się banalnym happy endem z tajemniczym, acz niezrozumiałym elementem.
Zachęcam, bo śmiechu jest po pachy.
Rankiem mieliśmy iść na „Jak zostać królem”, ale Jakiś pomylił godziny. Najbliższym seansem był „Jak pozbyć się cellulitu?”. Komedia… polska… reżysera „Testosteronu”… wszystko przemawiało za tym, żeby na ten film nie iść. Ale uległem i poszedłem (torba?).
Już na początku seansu powiedziałem Jakisiowi, że mam nadzieję, że choć raz się uśmiechnę.
Ów początek był absurdalny, a potem absurd rósł. Trzy bohaterki filmu zachowują się irracjonalnie. Pozornie nic się nie trzyma kupy. I zabawa jest taka, że łzy ciekły mi z oczu. Teksty są takie, że nawet „Seksmisja” wysiada. Wizja uwięzionych i skutych kilku przystojniaków w opaskach na biodrach jest bardzo nęcąca. Upalone ziołem albo skórkami bananowymi (?!) bohaterki są przezabawne. Dominika Kluźniak ma niesamowity vis comica, a w teatrze gra role Dostojewskiego! Jej mina plus kwestia i zwijałem się ze śmiechu w fotelu. Niestety tak mniej więcej po ¾ filmu dowcip gaśnie, fabuła się rozjeżdża i film kończy się banalnym happy endem z tajemniczym, acz niezrozumiałym elementem.
Zachęcam, bo śmiechu jest po pachy.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Zwerbowana milość, Tadeusz Król, Robert Więckiewicz
Zacznijmy od scenariusza
W minionym tygodniu padło na "Zwerbowaną miłość". Niektórzy z założenia nie chodzą na polskie filmy, bo uważają je za denne. Ja też od nich stronię, ale nie uciekam w histerycznej panice. Niestety ciągle nie trafiam na dobry polski film. "Zwerbowana miłość" też do nich nie należy.
Powiem tak, w tym filmie wszystko jest OK: dobrze oddany klimat lat osiemdziesiątych, dobre kreacja aktorskie (szczególnie Roberta Więckiewicza idealnego do roli mrocznego kosiarza, ale też Joanny Orleańskiej), dobra reżyseria. Te elementy można docenić. Niestety film traci z powodu scenariusza. Urwane wątki i przewidywalność wydarzeń już od połowy filmu psują odbiór.
Odradzam.
Mam nadal ochotę iść na film "Królestwo zwierząt", ale ciągle się nie udaje. I chyba nie uda, bo grają w najmniejszej sali w Charlim, a do takich poświęceń nie jestem skłonny. Ma ktoś w pliku?
W minionym tygodniu padło na "Zwerbowaną miłość". Niektórzy z założenia nie chodzą na polskie filmy, bo uważają je za denne. Ja też od nich stronię, ale nie uciekam w histerycznej panice. Niestety ciągle nie trafiam na dobry polski film. "Zwerbowana miłość" też do nich nie należy.
Powiem tak, w tym filmie wszystko jest OK: dobrze oddany klimat lat osiemdziesiątych, dobre kreacja aktorskie (szczególnie Roberta Więckiewicza idealnego do roli mrocznego kosiarza, ale też Joanny Orleańskiej), dobra reżyseria. Te elementy można docenić. Niestety film traci z powodu scenariusza. Urwane wątki i przewidywalność wydarzeń już od połowy filmu psują odbiór.
Odradzam.
Mam nadal ochotę iść na film "Królestwo zwierząt", ale ciągle się nie udaje. I chyba nie uda, bo grają w najmniejszej sali w Charlim, a do takich poświęceń nie jestem skłonny. Ma ktoś w pliku?
Subskrybuj:
Posty (Atom)