Wielka Nagroda Festiwalu "Dwa Teatry - Sopot 2012"
O 20:25 zasiadamy, a jak da radę to już wkrótce po spektaklu zachwycamy się lub wręcz przeciwnie ;)
Siedzę i się nudzę. Rozpoczęło się od telefonicznego monologu pani domu przerwanego pojawieniem się pana domu i jego dywagacjami o wartościach tkwiących w samotnej odrębności mężczyzny w toalecie. A dalej walory chłopaków córki, którzy byli albo zbyt osiłkowaci, albo nie wiedzieli wystarczająco dużo. Drętwy tekst wsparty jest o równie drętwą grę Krzysztofa Stelmaszyka i Małgorzaty Zajączkowskiej. W ramach reżyserii bohaterowie przesiadają się z kanap na krzesła przy stole. Rozmowa o byłych chłopakach córki ciągnie się niemożebnie. Aż wpada Marceli (Jakub Firewicz). Wszyscy siadają na kanapie - tak dla odmiany. Samiec alfa - pan domu - testuje przybyłego. Przy czym pan domu okazuje się być mało up to date jeśli chodzi o współczesną literaturę... i większość widzów raczej też. Sytuację ratuje konwersacja o tajnikach dobrego rosołu. Zmiana tematu na kulinaria nie zmienia jednak pogłebiającej się nudy, wzmacnianej "talentem" Firewicza. Rozmowa bohaterów przeskakuje z tematu na temat niespecjalnie cokolwiek wnosząc.
Wparowanie córki, granej przez Julię Rosnowską i jej równie szybkie wybycie utzrzymuje temperaturę spektaklu na niezmienionym poziomie, zaś rodzice pogrążają się we wspomnieniach. Marceli wychodzi okazując się jedynie kolegą Marysi, by widzowie zaczęli oczekiwać pojawienia się właściwego narzeczonego. Aż się okazuje, że Marysia chce wychodzić za mąż, mimo, że nie jest w ciąży. Julia Rosnowska gra według własnej, niezmiennej maniery. Czekam na pojawienie się Seniuk, może dzięki niej ta "komedia" nabierze cech komedii. Tymczasem Seniuk pojawia się jedynie jako niema telefoniczna interlokutorka pani domu. Przyszły mąż Marysi okazuje się być "nieco" starszy: Jan Englert - Eustachy - sapie w sposób właściwy dla swojego wieku, ale ma do zaoferowania pałac, a to że nadal jest żonaty i ma troje dzieci jest detalem. Poza tym jest "z tych" Czartoryskich. Na to wszystko wchodzi Seniuk i się dopytuje, by poznawszy narzeczonego dosadnie wyrazić, co myśli. Protesty przerywa powrót Marcelego. Eustachy pogrąża się w zazdrości i rozpoczyna się bójka.
Dalej nie zdradzę, a kto nie oglądał... niech sobie daruje. I to "coś" dostało jakieś nagrody? Biada!!!!
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Telewizji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Telewizji. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 maja 2012
poniedziałek, 14 maja 2012
Daily soup, Gabriela Muskala, Monika Muskala
Antybździna
Wreszcie trafiła się rozkosz dla duszy. Na maxa współczesna sztuka sióstr Muskałównych wyniosła teatr telewizji na poziom właściwy, a nie ten z pierwszego spektaklu po wznowieniu (“Boska” z beznadziejną Krystyną Jandą).
Danuta Szaflarska gra babcię – ta już dziewięćdziesięciosiedmioletnia aktorka wciąż potrafi wzruszyć swoim kunsztem.
Janusz Gajos jest tym Januszem Gajosem, który jest wzorcem aktorstwa.
Halina Skoczyńska nie jest mi znana, ale rewelacyjna.
Młodość i ta sceniczna i ta peselowa reprezentowana przez Annę Grycewicz niestety nie powalała. Szkoda, że Gabriela Muskała (patrz "Tydzień monodramu w Łodzi") nie zagrała tej roli.
Reżyseria Małgorzaty Bogajewskiej wydobyła ze sztuki, to co najistotniejsze, atomizację rodzinnych postaw, rozczłonkowanie emocjonalne. Czy kiedy spojrzymy na własne rodziny, na ucieczkę poszczególnych jej członków we własne fantazje, a raczej ich ersatze, gdzie jedynym spoiwem jest wspólny kąt i powinność, a niedopowiedziana przeszłość rzutuje na każdy dzień, to nie jest nasza codzienność? Gdzie i jak sami uciekamy przed tym wszystkim? I czy jesteśmy w stanie uciec?
Mogę tylko żałować, że nie widziałem spektaklu w teatrze. Teatr Telewizji “na żywo” (w przeciwieństwie to Teatru Telewizji nagrywanego bez publiczności, z dopieszczeniem każdego szczegółu) wymaga jednak znacznie większych umiejętności, których współcześni polscy reżyserzy muszą się jeszcze nauczyć.
Wreszcie trafiła się rozkosz dla duszy. Na maxa współczesna sztuka sióstr Muskałównych wyniosła teatr telewizji na poziom właściwy, a nie ten z pierwszego spektaklu po wznowieniu (“Boska” z beznadziejną Krystyną Jandą).
Danuta Szaflarska gra babcię – ta już dziewięćdziesięciosiedmioletnia aktorka wciąż potrafi wzruszyć swoim kunsztem.
Janusz Gajos jest tym Januszem Gajosem, który jest wzorcem aktorstwa.
Halina Skoczyńska nie jest mi znana, ale rewelacyjna.
Młodość i ta sceniczna i ta peselowa reprezentowana przez Annę Grycewicz niestety nie powalała. Szkoda, że Gabriela Muskała (patrz "Tydzień monodramu w Łodzi") nie zagrała tej roli.
Reżyseria Małgorzaty Bogajewskiej wydobyła ze sztuki, to co najistotniejsze, atomizację rodzinnych postaw, rozczłonkowanie emocjonalne. Czy kiedy spojrzymy na własne rodziny, na ucieczkę poszczególnych jej członków we własne fantazje, a raczej ich ersatze, gdzie jedynym spoiwem jest wspólny kąt i powinność, a niedopowiedziana przeszłość rzutuje na każdy dzień, to nie jest nasza codzienność? Gdzie i jak sami uciekamy przed tym wszystkim? I czy jesteśmy w stanie uciec?
Mogę tylko żałować, że nie widziałem spektaklu w teatrze. Teatr Telewizji “na żywo” (w przeciwieństwie to Teatru Telewizji nagrywanego bez publiczności, z dopieszczeniem każdego szczegółu) wymaga jednak znacznie większych umiejętności, których współcześni polscy reżyserzy muszą się jeszcze nauczyć.
poniedziałek, 27 lutego 2012
Skarpetki, opus 124, Teatr Telewizji, Fronczewski, Pszoniak
Powiedzmy, że widziałem
Teatr Telewizji znów na żywo. Tym razem zwraca uwagę, że scena jest niedoświetlona - najwyraźniej reżyser światła nie czerpał z doświadczeń tej formy teatru z lat minionych. Piszę oglądając spektakl. W prawdziwym teatrze nie byłoby takiej możliwości. Wojciech Pszoniak… czyżby miał kłopoty z dykcją? Minęło 40 minut; powolne tempo sztuki zabija chwilami nawet zabawne spory bohaterów.
Obaj aktorzy zupełnie nie grają ciałami, a telewizyjne zbliżenia nic nie wnoszą, bo nie ma mimiki.
Mamy teatr w teatrze. Dwóch aktorów, których sława już przeminęła przygotowuje spektakl, który może uda się wyprodukować. Jeden łysiejący, drugi po przeszczepie włosów, jeden z reprezentacyjnymi żonami, drugi nie kryjący się ze swoim homoseksualizmem. Obaj odrażający dla siebie jednocześnie niewiele się od siebie różnią i trwają skazani na siebie.
Koniec pierwszej części. Spektakl grany jest w Teatrze Współczesnym w Warszawie. W przerwie aktorzy tego teatru reklamują siebie i przygotowywane spektakle – zawsze to lepsze niż reklama podpasek.
Drugi akt żywszy, ale znudzony pierwszym już nie bardzo się angażowałem.
Teatr Telewizji znów na żywo. Tym razem zwraca uwagę, że scena jest niedoświetlona - najwyraźniej reżyser światła nie czerpał z doświadczeń tej formy teatru z lat minionych. Piszę oglądając spektakl. W prawdziwym teatrze nie byłoby takiej możliwości. Wojciech Pszoniak… czyżby miał kłopoty z dykcją? Minęło 40 minut; powolne tempo sztuki zabija chwilami nawet zabawne spory bohaterów.
Obaj aktorzy zupełnie nie grają ciałami, a telewizyjne zbliżenia nic nie wnoszą, bo nie ma mimiki.
Mamy teatr w teatrze. Dwóch aktorów, których sława już przeminęła przygotowuje spektakl, który może uda się wyprodukować. Jeden łysiejący, drugi po przeszczepie włosów, jeden z reprezentacyjnymi żonami, drugi nie kryjący się ze swoim homoseksualizmem. Obaj odrażający dla siebie jednocześnie niewiele się od siebie różnią i trwają skazani na siebie.
Koniec pierwszej części. Spektakl grany jest w Teatrze Współczesnym w Warszawie. W przerwie aktorzy tego teatru reklamują siebie i przygotowywane spektakle – zawsze to lepsze niż reklama podpasek.
Drugi akt żywszy, ale znudzony pierwszym już nie bardzo się angażowałem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)