Szukaj na tym blogu

środa, 23 marca 2011

Opowieści o zwyczajnym szaleństwie, Chrapkiewicz Grzegorz

720zł miesięcznie na teatr

17 marca premiera „Opowieści o zwykłym szaleństwie” Petra Zelenki w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza w Teatrze Studyjnym.

Bilety na spektakle w tym teatrze kosztują raptem 10zł od koafiury, tyle co jeden drink w barze(o ile się nie mylę, a chyba nawet mniej). Nawet najbiedniejszy nie zbankrutuje, jeśli raz na jakiś czas tam się pojawi, a ja na waszych blogach będę mógł poczytać o czymś innym niż nowe ciuchy.

Zacznę, tak jak przy „Zmierzchu bogów” od scenografii, tym razem Wojciecha Stefaniaka. Jego pracę podziwiałem już przy „Mordzie” w reżyserii Norberta Rakowskiego. Jak się chodzi, to nawet nazwiska zaczyna się już zapamiętywać. W „Mordzie” była kasa na scenografię, w Studyjnym przedstawienie dyplomowe musi być tańsze. Tańsze, nie znaczy jednak gorsze i to udowodnił Stefaniak. Pierwotna sterta pudeł ujawnia coraz większe niespodzianki, aż do finału, kiedy pudło staje się ostatecznym rozwiązaniem. Nie zdradzam jakim, bo spektakl jest nadal do obejrzenia.

Spodziewałem się surrealistycznego dowcipu z czego Czesi słyną. Niby był, ale jak dla mnie nie był sprzedany z wystarczającym natężeniem. Jakiś docenił reżyserię Chrapkiewicza. Zgadzam się, było OK. Spodziewałem się, że boki zerwę, a tylko jedna noga mi trochę ścierpła. Najbardziej podobał mi się Krystian Modzelewski w roli Ojca, najmniej Konrad Michalak w roli Jerzego, wyraźnie było widać, że nie opanował tekstu.

Kulturalne udzielanie się kosztuje. Bilet na „Zmierzch bogów” Wiśniewskiego 80 zł, na „Utwór o matce i ojczyźnie” Klaty 100zł, średnio 90 zł. Gdyby jakaś para chodziła do teatru cztery razy w miesiącu to wydałaby 720 zł! Bez kina, bez książek, bez opery. Pozostaje wybierać… albo jednak czasem zajrzeć do Studyjnego. Do czego serdecznie Was zachęcam.

wtorek, 22 marca 2011

Zmierzch bogów, Grzegorz Wiśniewski

Reżyserski popis

16 marca do Łodzi zawitał spektakl „Zmierzch bogów” z Teatru Wybrzeże. Reżyserem jest Grzegorz Wiśniewski, nie raz wymieniany w notkach na tym blogu. Sztuka oparta jest o scenariusz filmu Luchino Viscontiego pod tym samym tytułem. Spektakl pokazywany jest w ramach Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, ale tym razem nie na deskach Teatru Powszechnego, lecz w Wytwórni. Swoistego smaczku dodaje, że sztuka teatralna na bazie scenariusza filmowego wystawiana jest w hali filmowej.

To co zapamiętam ze spektaklu, to imponująca scenografia Barbary Hanickiej. Dwie olbrzymie płyty – obite jakby blachą, co nawiązuje do stalowni posiadanej przez rodzinę Essenbecków, bohaterów sztuki - jednocześnie wsparte o siebie, ale i jakby upadające jedna na drugą niczym kolumny zrujnowanego starożytnego pałacu.

Na tle tej dominującej nad postaciami scenografii oglądamy smutne losy rozpadu rodziny, walki o władzę, wzajemnego wycinania się mimo coraz słabszych (ale jednak) więzów rodzinnych. Wiśniewski dostał za realizację tej sztuki nagrodę imienia Swinarskiego dla najlepszego reżysera sezonu 2009/2010. Należała się, bo to co zapamiętam, to popis sztuki reżyserskiej. Każda sytuacja pokazywała reżyserską inwencję. Chwilami łapałem się na tym, że nie sztuka mnie pochłania, a reżyseria. I w tym widzę mankament spektaklu. W pierwszym akcie aktorzy trochę nie mieli tempa i klepali dialogi. W drugim się rozruszali, ale ja już nie na nich skupiałem uwagę. W efekcie emocjonalnie wyszedłem ze spektaklu i spłynął po mnie. Cóż, bywa.

Jak będziecie mieli okazję zdecydowanie obejrzyjcie.

poniedziałek, 14 marca 2011

Dydona i Eneasz, Zamek Sinobrodego, Teatr Wielki w Lodzi

Umrzeć z miłości? Tylko po co?

Jakiś nie chciał mnie zabierać na ten spektakl w Teatrze Wielkim w Łodzi. Z góry uznał, że mi się nie spodoba, takie miałem w każdym razie wrażenie. Z braku innych atrakcji, na przekór też Jakisiowi, ale i z chęci zobaczenia opery barokowej Henry Purcella i opery współczesnej Béli Bartóka na spektakl poszedłem.

„Dydona i Eneasz” po raz pierwszy wystawiona w 1689 r. w Londynie, ma niby trzy akty, ale całość trwa raptem godzinę i przerw nie ma. Podobała mi się muzyka, bo barok trochę mnie kręci. Dźwięki klawesynu koją moje ucho. Jednak wolę barokowe tercety, czy kwartety. Libretto opery jest nudne aż do bólu. Dydona kocha Eneasza, wiedźmy chcą im zrobić kuku, a Eneasz jest rozdarty między miłością a patriotycznym obowiązkiem. Dydonie nie podoba się rozdarcie Eneasza i na tę okoliczność ad hoc umiera czyniąc mu uprzednio wyrzuty. Pierwszy raz słyszałem operę śpiewaną po angielsku, co nie zmienia faktu, że ani słowa nie można było zrozumieć. Reżyser zapomniał po co jest, balet był totalną porażką, a kostiumy były z niewiadomego powodu cyrkowe, żeby nie powiedzieć jarmarczne. Scenografia składała się z kolumienek i głowy a la Mitoraj, co mniej więcej tak się miało do treści opery, jak truskawki do octu.

W drugim akcie „Zamek Sinobrodego” z 1911 roku. Jakiś zapowiedział, że może się zdarzyć, że wyjdzie wcześniej, bo nie zdzierży muzyki. Tu libretto jest jeszcze bardziej wstrząsające. Judith kocha Sinobrodego, udaje się na jego zamek, a następnie ignorując jego prośby o pocałunki domaga się kluczy od wszystkich komnat – klucznica jedna. I tak w koło Macieju, on chce pocałunków, ona kluczy, aż się to o farsę zaczęło ocierać. Wyciska od niego kolejne klucze, ocenia wnętrza zauważając, że jej ukochanemu do wegetarianizmu daleko. Wreszcie otwiera ostatnie drzwi i okazuje się, że Sinobrody ma na nazwisko Friztl. W scenografii przybyła dodatkowa głowa... z zupełnie niepojętych powodów. Reżyser uznał, że najlepiej będzie jeśli Judith będzie się nieśpiesznie snuć po scenie, a Sinobrody zastygnie.

Ku zaskoczeniu nas obu muzyka, śpiew, a także poetycka treść dialogów bohaterów (pomijając resztę) budowały mroczną, niespokojną atmosferę. Pachniało nieco horrorem i było przejmujące. Polecam.

Obie opery łączy nieszczęśliwa miłość kobiet do mężczyzn. Niestety istotę tragizmu tych kobiet trudno w przedstawieniu znaleźć; gdzieś się to zagubiło.

czwartek, 10 marca 2011

Kochanek Czerwonej Gwiazdy, Witold Jabloński

Mit „Lubiewa” obalony

fot. http://www.sklep.gildia.pl/


Książka Witolda Jabłońskiego trafiła do moich rąk już kilka dni temu. Potrzebowałem czasu na przeczytanie, a jak wiadomo o czas najtrudniej.

Zwraca uwagę już sama okładka. Świetnie dobrana czcionka tytułowa i rysunek. Widać, że wydawca bardzo dużo uwagi (i zapewne pieniędzy) przeznaczył na wizualną oprawę książki.

Nie jest to opowiadanie, ale też nie powieść, więc najlepiej określić tę pozycję jako nowelę. Rzecz dzieje się w Legnicy, gdzie rozwija się miłość młodego kleryka i rosyjskiego żołnierza z tamtejszego garnizonu. Tłem są przeobrażenia Polski odchodzącej od komunizmu i wchodzącej w… klerykalizm. Z deszczu pod rynnę można by powiedzieć.

Miłość Andrzeja i Siergieja jest jest trochę przesłodzona, jakbym czytał Titanica, ale czyż nie o takiej miłości wszyscy marzymy. Temu cukierkowemu romansowi Jabłoński przeciwstawia sadomasochistyczną relację Aleksa i Jarka. Dwa krańce tęczy.

Młody czytelnik dowie się trochę o rzeczywistości tamtego czasu. Wbrew pozorom ówczesnym „pedałom” wcale się źle nie żyło. Społeczeństwo i władze po prostu ich ignorowali. To dlatego wielu starszych homoseksualistów narzeka czasem na to upublicznienie nas, nie widząc w tym żadnej dodanej wartości, a jedynie strach przed upokorzeniem.

Uprzedzony byłem, że książka operuje ostrzejszym językiem…hm, albo ja się zwulgaryzowałem ostatnio, albo słowa „sperma”, „kutas”, „ruchać”, przestały na mnie robić wrażenie. W każdym razie język książki nie robił na mnie wrażenia, że jest pornograficzny.

Późne wydanie książki sprawia, że to „Lubiewo” Witkowskiego budowało dotąd mity o tamtych latach. Mity bardzo jednostronne. Mam nadzieję, że nowela Witolda Jabłońskiego zmieni ten mit.

Kupić można w Internecie:

Gildia  35,10zł

Bearbook 38,00zł